Tag Archives: podróż

Melbourne-Sydney-Brisbane w dwa tygodnie … da sie… SPOKOJNIE

Pokusa odwiedzenia Australii była zbyt duża by będąc tak blisko darować sobie ten kierunek podróży.
Tak więc mimo jedynie 17 dni, możliwych na poświęcenie temu kontynentowi (sporo większy od Europy) wylądowaliśmy w Melbourne.
Nocny lot z Singapuru (7h) znowu dał się we znaki – bogata oferta filmowa, oraz darmowe piwo nie pozwoliły zasnąć nawet na sekundę (zazwyczaj śpię po pierwszym jak niemowlę ;>)

Melbourne (Victoria) przywitało nas dużą zmianą klimatu, typowo jesienny angielski poranek. Z temp. 32C i równikowej wilgotności przesiadka na 15C, wietrzny dzień (brak jesiennych ubrań) w połączeniu z nieprzespaną nocą potrafi zniechęcić do wszystkiego.
Staraliśmy się nie poddawać i zwiedzić miasto z marszu, nawet przy niezbyt miłej obsłudze na lotnisku, super długim oczekiwaniu na autobus do miasta (16AUD do centrum w 15min). Nasza cierpliwość i pozytywne nastawienie wyczerpały się dopiero w centrum, gdzie okazało się za co i ile będziemy musieli płacić na tych szerokościach geograficznych. (właściwie w całej Australii)
Bo o ile Polak bez snu i zmarznięty wytrzyma niejedno to głodny Polak zły Polak i bez porządnego jedzenia długo nie podaruje. Zwłaszcza nie po rozpieszczeniu żołądka przez ponad miesiąc w Tajlandii.
Nie to żeby nie było co do ust włożyć ale chcąc znaleźć coś zdatnego do jedzenia (i nie mam tu na myśli pierogów czy polskiego barszczu) ale czegokolwiek przypominającego tzn. wizualnie i zapachowo jedzenie – trzeba się nieźle nachodzić, naszukać a gdy już znajdziecie coś co wydawać by się mogło normalną restauracją, najpewniej stwierdzicie że TYLE to nie jest warte na pewno i wylądujecie znowu w MC/Subway/KFC.
Lepiej nie planować wycieczki do Australii po wschodnio-południowej Azji, gdyż zawód związany z oferowanym jedzeniem jest tak wielki jak i same tutejsze ceny. Dla przykładu: zestaw MC od 8AUD, kanapka w Subway od 6AUD i to jest najtańsze coś co dostaniecie bo z drugiej strony Cesar Salad od 15AUD, woda mineralna w markecie od 1AUD za 0,5l inne wody od 3AUD za 1,5l, jeśli nadal mało to np.: jogurt od 3AUD, bagietka od 3AUD (najlepsza przypominająca europejskie pieczywo w supermarkecie COLES), najtańszy baton MARS od 1,5AUD ale były też sklepy gdzie kosztował 3AUD.
Tak więc po odwiedzinach kilku sklepów i restauracji stało się dla nas jasne dlaczego Australijczycy wyglądają jak wyglądają – gdyż jedzą jak jedzą. Najzwyczajniej w świecie nie ma zbyt dużego wyboru niż nazwijmy to globalne jadłodajnie. Ceny niektórych produktów są wręcz kosmiczne (najtańsza Coca Cola w markecie 4AUD) pashiny, które jeszcze w Singapurze można było kupić za 4GBP a w Tajlandii za 2GBP tu kosztują od 10GBP, grill jednorazowy który w Londynie kosztuje 3GBP na przedmieściach Melbourne w „promocji” hahaahaaa 5, bo normalnie to 7GBP ceny hoteli/hosteli adekwatnie wysokie. (pokój dla dwóch osób w hostelu w centrum Melbourne od 80AUD, jeden z najgorszych pokoi w ciągu naszej wycieczki). Transport miejski bardzo drogi już na przykładzie autobusu z lotniska a także tramwaj (10 przystanków cena ponad 5AUD). Dlatego też turystów jak na lekarstwo. Kończąc jednak temat jedno co mam nadzieję udało mi się przekazać to to, że jest drogo przy jakości czy to jedzenia czy zakwaterowani jednymi z najgorszych na świecie.
MELBOURNE to typowe miasto w stylu amerykańskich miast z downtown (sieć równolegle krzyżujących się ulic w centrum), dużymi wieżowcami tu akurat wzdłuż rzeki. Jest to na szczęście bardzo zielone miasto, z licznymi parkami i skwerami. Jako, że miasta nie są naszym głównym tematem zainteresowań (po Singapurze czy Hong Kongu), Melbourne nie robi żadnego wrażenia. Odkryjcie je sami, my jedynie odpoczęliśmy w nim po locie oraz przygotowaliśmy się do dość długiej podróży, która ciągle przed nami.

Nasza ocena miasta 1/10 – 3*

Jeśli podróż w Australii to oczywiście samochodem a najwygodniej i najefektywniej podróżować w tym kraju campervanem. Zaryzykuje stwierdzenie, że inaczej nie da się zwiedzać tak dużego kontynentu jak z własnym transportem, sypialnią a nawet kuchnią.
Zamierzamy bowiem odkryć kilka bardziej interesujących miejsc a naszym największym wrogiem jest oczywiście czas. Nasz van pozwoli nam go trochę zaoszczędzić.
Tak więc z południa kontynent udajemy się gdzież by indziej jak nie na wybrzeże, którym cała Australia żyje i na płn. w kierunku Wielkiej rafy koralowej. Wybór firm oferujących wypożyczenie różnych busów i vanów jest olbrzymi.

Oto kilka z firm, które co i rusz będziecie mijać a być może i podróżować razem z nimi w ciągu tak długiej wycieczki:
-Jucy Rental
-Travellers Auto-Barn
-TravelWheels
-Kangaroo Campervans
-Wickedcampers.com
-Spaceship.tv
-Keacampers.com

Jedna z większych atrakcji niedaleko Melbourne to z pewnością Great Ocean Road i The Twelve Apostles na zwiedzenie której będziecie potrzebować co najmniej 2 dni.
Dobrym pomysłem (jeśli planujecie pobyt w AU dłużej) jest zakup własnego busa, ogłoszenia znajdziecie w każdym z hosteli, ceny od 1000 do 5000AUD.
Tak więc wyposażeni w busa-sypialnię z kuchnią (lodówka + kuchenka gazowa i kran) możemy ruszać na podbój Australii, kierunek Sydney.
Nie musicie martwić się o zapas gazu w waszej kuchence ani wody w karnistrze, gdyż na prawie każdym punkcie piknikowym jest elektryczny grill, woda pitna, na tych lepszych (zwłaszcza przy plażach) również prysznic, ciepła woda jedynie na 4* płatnych polach kempingowych – tylko po co komu ciepła woda przy temp. ok. 30°C.
Kierując się na wschód odwiedzane i polecane przez nas miejsca to:
– Lake Hume
– Old Tallangatta
– Mount Kościuszko (19AUD za wstęp do parku samochodem uiszczana w przypadku nocowania w granicach parku, najpopularniejsze wejście na górę z miejscowości Thredbo)

– Pabbly Beach (jeśli chcecie zobaczyć kangury na plaży)

– Jarvis Bay
-niezliczona ilość parków narodowych na całym wybrzeżu aż do Sydney





Sydney (New South Weles)

Sydney jest dość podobne do Melbourne z tą różnicą, że jest większe, położone nad cieśniną, ma metro, Harbour Bridge i sławną Opera House, które apropo robią całkiem spore wrażenie.
Tylko jak wyżej po odwiedzeniu Hong Kongu czy Singapuru, Kuala Lumpur miasto to, całościowo nie robi już wrażenia i nie przyciągnie naszej uwagi na długo. Zwłaszcza miasta w amerykańskim stylu, bez historycznej zabudowy czy atrakcji kulturowo – gastronomicznych czy jakichkolwiek niepowtarzalnych dla danego rejonu nie przyciągną już naszej uwagi na dłużej. Sydney jest kolejnym miastem z automatu, wizerunek miasta ratuje jedynie opera oraz most to i tak sporo w porównaniu do standardów europejskich ale już nie azjatyckich. Brak nam tu tego smaczku i różnorodności. Jedyne co udało nam się odkryć w tym mieście to niepowtarzalny, piękny park botaniczny z mnóstwem wielkich nietoperzy (rozpiętość skrzydeł 1,5m) zwanych tu „night fox” – groźnie i głośno zwisającymi z gałęzi drzew oraz przelatującymi (czasami bardzo nisko) w szalonym locie tuż nad głowami. Cały park jest oazą dla dużej liczby wszelkiego rodzaju ptactwa najczęściej bardzo kolorowych papug i innych nieznanych nam z nazwy.

Nasza rada: warto przespacerować się mostem HB, wejście na niego znajduje się w przystani obok promów, duża szklana winda zabierze was na poziom autostrady, gdzie chodnikiem dojdziecie do mostu. Raczej długi spacer ze spektakularnym widokiem z dużej wysokości na całe miasto, zwłaszcza wieczorem robi fajne wrażenie.
Prom na druga stronę zatoki zupełnie nieopłacalny, 5 min i wydane 5AUD – to nawet w połowie nie to samo co prom w HK (a cena tam 5x niższa).
Nasza rada: przejażdżka mostem HB może kosztować was sporo więcej niż byście przypuszczali. Podana cena 3AUD jest niby normalną ceną ale musicie doliczyć ukryte przez super łebski system dodatkowe opłaty. Jako że opłatę można uiścić jedynie telefonicznie lub przez Internet, musicie najpierw wykupić numer ID (3AUD) a następnie na to konto będą spływać wszystkie opłaty drogowe, jak ten most. Dla turysty oznacz to ni mniej ni więcej niż to, że zapłaci 3+3+ opłaty bankowe przy przeliczaniu waluty z zagranicznego banku nas wyniosło w sumie 3+3+1,5+1,5=9AUD ale mostem sobie pojechaliśmy. Nie licząc opłat i straty czasu na telefon to naszym zdaniem typowo „cwany” pomysł na turystów. GRATULUJEMY
Lista dróg objętych opłatą drogową na foto.

Nasza ocena miasta 1/10 – 5*

Wracając do całego stanu NSW, lista miejsc oprócz tych na południu NSW, które warto odwiedzić:
– Blue Mountain (60km od Sydney)
– Manley Beach (bardzo urokliwe miasteczko na płn. Sydney oraz Harbour National Park, z najładniejszym widokiem na całą zatokę)
– Byron Bay (fajne miejsce pełne surferów i backpakersów tylko tak drogie i protekcjonalne, że dla nas jeden dzień w zupełności wystarczy. Nie tylko chyba nam, gdyż nie dziwią już nas zupełnie puste bary ok. 20 wieczorem, większości przyjezdnych najwidoczniej albo nie stać na te ceny albo są po prostu wymęczeni całodniowym surfowaniem i już śpią).




Brisbane (Queensland)

Queensland to nadmorska esencja Australii, piękne plaże, urozmaicony nadmorski krajobraz od przedziwnych gór przez klifowe nabrzeża do super długich plaż i fal idealnych dla serferów a na dodatek Wielka Rafa Koralowa. Sama nazwa stanu pasuje i opisuje idealnie rzeczywistość.
Polecane przez nas miejsca:
– Gold Coast (Surfers Paradise dla początkującyc i Cooluna dla zaawansowanych fanów deski)

– Glass House Mountains National Park (wulkaniczne góry o przedziwnych kształtach)

– Noosa National Park (kurort podobny do Byron Bay równie drogi ale bez udawanego luzu i tysięcy backpacersów, koniecznie wybierzcie się na spacer po parku oraz oddaloną za miastem drugą plażę, dużo surferów i najlepsze fale)

– Sunshine Coast (dla zaawansowanych miłośników deski)

-Rainbow Beach (daleko ale warto, turystów tu jak na lekarstwo a okoliczne wielkie wydmy tuż nad plażą robią ogromne wrażenie, zachód słońca na kolorowych piaskach po prostu rewelacja, wschód nie gorszy – musicie to po prostu zobaczyć. Jest to także punkt z którego dostaniecie się na Fresier Island o ile macie 4WD)

– Fresier Island (Jezioro McKenzie i wrak okrętu na plaży o ile na własną rękę jak najbardziej tak to w zorganizowanej wycieczce wielką ciężarówką z oknami, za 170AUD stanowczo NIE. Główna atrakcja takiej wycieczki jak zapewniają wszelkie reklamy i pani w agencji to wydawać by się mogło wspaniały LUNCH i grillowane mięso, po tym pudle odechciało nam się tej opcji. Chociaż może naprawdę to jedzenie serwują tam wyśmienite, jak ktoś uczestniczył proszę o info? ;>)

Brisbane, stolica stanu Queensland to bardo przyjemne miasto. Coraz wyższe drapacze chmur pną się tuz nad rzeką, tworząc piekną panoramę miasta, widok z parku Wilson Outlook Reserve tuż za mostem Story Bridge naprawdę REWELACYJNY.
Oprócz typowego downtown w mieście znajdziecie kilka stylizowanych na stare budynków: ratusz, kościół, katedra, poczta, itp. wraz z naprawdę dzikim parkiem botanicznym tuż przy rzece i namorzynami z niej wyrastającymi co całościowo dodaje uroku i wprowadza osobisty klimat bardzo zadbanego i urozmaiconego niż inne miasta w okolicy. Po drugiej stronie rzeki, część rozrywkowa miasta, sztuczna plaża a na wysokim klifie tej strony rzeki, oprócz świetnych punktów obserwacyjnych na miasto naturalne ścianki wspinaczkowe dla każdego. Fanom nocnych atrakcji polecamy ulicę Brunswick Street na której znajdziecie wszsytko co potrzebne na sobotni wieczór. Ceny bardziej przystępne niż w Melbourne czy Sydney ale dalej drożej niż w każdym chyba mieście europejskim.
Autobus do Gold Coast Airport, „AAExpress” – 42AUD




Nasza ocena miasta 1/10 – 5*




Być może zwracają uwagę niskie oceny miast ale naprawdę nie jest to spowodowane wyłącznie kosmicznymi cenami. Australijskie miasta nie mają do zaoferowania ani dobrego jedzenia, ani utrwalanych przez media rewelacyjnych imprez. Z wiadomych powodów brak w nich historii, tradycji, standard obsługi i oferowanych usług pozostawia wiele do życzenia. Tam po prostu trzeba być EASY GOING i nie wymagać niczego – nawet płacąc horrendalne pieniądze ;/ – pewnie niektórym to pasuje.
Australia to naturalne środowisko i możliwość jego podziwiania. Choć krajobraz po dłuższym czasie może wydawać się monotonny (różnorodność mniejsza niż na tej samej przestrzeni dajmy na to w Europie) to dbałość o środowisko naturalne i mnóstwo parków narodowych na pewno zaspokoi oczekiwania osób lubiących naturę i widoki pięknych krajobrazów nie zmienionych jeszcze ludzką działalnością. Australijskie światło oraz natężenie kolorów z tym związane jedyne na świecie.
Jedynie 20mln mieszkańców na tak ogromnej przestrzeni czyni choćby tamtejszą bardzo dobrze rozbudowaną infrastrukturę drogową prawie nieużywaną, jedyna na co trzeba uważać na drogach to 40mln populacja kangurów i innych dzikich zwierząt, spotykana tu częściej niż ludzie (z przykrością trzeba dodać spotykana dość często, rozwalcowana na drodze;/).
Nasz campervan pozwolił nam zobaczyć i poczuć jedynie kawałek Australii (bez niego nie wyobrażamy sobie innego sposobu zwiedzania tego kraju). Zapewnił niezliczone widoki wschodów i zachodów słońca w multi milionowych lokalizacjach a także 5* posiłki (przyrządzane samemu) z widokami jakie klienci nawet najlepszych restauracji mogą obejrzeć jedynie na zdjęciach wiszących na ich ścianach.

Advertisements

3 Comments

Filed under Azja-Australia

Borneo

Podróż na tą długo nie odkrytą wyspę południowo wschodniej Azji rozpoczynamy z Kuala Lumpur (Air Asia, odpowiednik europejskiego Easy Jet – jest o wiele tańsza a obsługa jak i samoloty nawet na lepszym poziomie, czyli da się kupić takiego samego NOWEGO, drogiego AIRBUSA, podejrzewam za te same pieniądze co w Europie a oferować mimo wszystko niższe ceny lotów – ktoś zaraz pomyśli „naiwniak” przecież wiadomo bo tam mniej zarabiają – tak wiem, zarabiają średnio tyle co w PL tylko w kraju płacimy ceny zachodnio-europejskie baaa nawet o wiele wyższe).
Tyle nawiasem powiedziawszy 😉 Nie wierzycie wasza sprawa – przekonajcie się sami.


Borneo to dosyć spora wyspa (743,330 km2) podzielona pomiędzy Indonezje na południu i Malezję na północy z malutkim ale za to jednym z najbogatszych państw globu, sułtanatem Brunei.
Ze względu na swą dużą powierzchnie i małą gęstość zaludnienia (16 mln mieszkańców) uznawana jest za jedną z najdzikszych i najlepiej zachowanych ekosystemów na ziemi.
Ogromna liczba gatunków zwierząt a przede wszystkim roślin występuje jedynie tu w swoich naturalnych środowiskach. Dżungla zachowała do tej pory ogromną liczbę gatunków odkrywanych na bieżąco przez kolejnych zapaleńców i miłośników fauny i flory.
Zaczęliśmy swą podróż od płd-wsch strony dystryktu Sabah.


Sandakan to małe, leniwe miasteczko z lotniskiem i portem. Oprócz lokalnych atrakcji w samym mieście nie zagościcie pewnie za długo.
Jego pozytywy to z pewnością:
– Łatwa komunikacyjnie baza wypadowa,
-Najtańsze jedzenie jak do tej pory w Malezji,
Hotel London – ceny od 55RM do 80RM, supermiła obsługa i dobra jakość do ceny, co w Malezji nie zawsze jest tak pewne jak choćby w Tajlandii.
Czemu więc Sandakan?
Atrakcje regionu:
– Sepilok Orangutan Center (wstęp 30RM + 10RM kamera), dostaniecie się tam autobusem nr.14 z centrum miasta 4RM/bilet w jedna stronę, dowiezie Was pod samą bramę ogrodu. Wybierzcie się tam jedynie na pory karmienia (10:00 i 15:00) Centrum jest zamknięte w godzinach 11:30-14:00 Oprócz orangutanów zobaczycie oczywiście też i inne małpy – godzina zwiedzania spokojnie wystarczy.
– Proboscis Monkey Center (60RM+10kamera). Możecie zobaczyć oba centra tego samego dnia wybierając się na karmienie poranne do jednego i popołudniowe do drugiego. Pod bramą Sepilok center zazwyczaj czeka jakaś taksówka, która po wytargowaniu zawiezie was w tą i z powrotem. (maks. 100RM i 4 osoby do podziału ;>) Pamiętajcie, że ostatni bus nr.14 z Sepilok wraca o 16:00.
-Turtle Island, 30 minut łodzią z Sandakan – jedno lub dwu dniowe wycieczki organizowane przez wszystkie biura turystyczne – innej możliwości nie ma w końcu to park narodowy pod ścisłą ochroną.
-Jednak główną atrakcją regionu są wyspy, rafy koralowe i nurkowanie w tamtym rejonie. Mając jednak już Ko Tao za sobą nie planowaliśmy Borneo pod tym kątem, a szkoda. STANOWCZO polecamy, o ile o pogodę tu trudniej niż w Tajlandii to warunki do nurkowania podejrzewam najlepsze na świecie, reklamowane zresztą już nawet przez naszego nauczyciela Jamesa.
Znając już z doświadczenia różnice pomiędzy wodami Malezji a Tajlandii, możemy stanowczo stwierdzić, Borneo to raj dla nurków. Też z tego prostego powodu, że jest tu ogólnie drożej, nurkowania też droższe, więc rzesze turystów nie miały jeszcze sposobności „zadeptać” … hmmm… nie może „zasikać” (nie wiem co tam jeszcze) zniszczyć środowiska naturalnego tych okolic.
Jeśli planujecie zobaczyć wszystkie wyżej wymienione atrakcje będziecie potrzebować przynajmniej 5 dni. Jeśli tylko małpy 1 pełen dzien.
Przeprawa na drugą stronę Borneo do Kota Kinabalu najłatwiej i najefektywniej oczywiście Air Asia, taxi z lotniska do centrum w Sandakan – po wykupieniu kuponu, kosztuje 26RM.
Inna możliwość, autobus z dworca 3km za miastem (30RM, 6 godzin jazdy i duża częstotliwość włącznie z kurami wieczornymi) dowiezie Was do dworca 9km na przedmieściach KK, skąd taksówką (20RM) w 10 min pod wskazany adres w mieście.


Kota Kinabalu – stolica prowincji Sabah.
Jest to bardzo przyjemne miasteczko położone nad wodą i tuż u podnóża gór. Stanowi super bazę wypadową w obu kierunkach, więc nudzić się nie da.
Atrakcje regionu:
– Tunku Abdul Rahman Park, pięć wysp (koszt 17RM/w obie strony łódź na jedną wyspę, 27RM na dwie i tak dalej + 10RM wypożyczenie maski, +10RM płetwy).

-Mt. Kinabalu (najwyższa góra Borno 4,095 m) Pierwsza porażka naszej wyprawy, mimo że zaplanowana w szczegółach z pogodą nie wygrasz. Do zdobycia w dwa dni, będziecie jednak musieli z dużym wyprzedzeniem (przynajmniej 3 miesięcznym), zarezerwować jeden z nielicznych noclegów w połowie góry lub dysponować nieludzką kwotą na wykupienie wejścia w jednym z biur turystycznych. Ogólnie bardzo droga atrakcja no i ta niewiadoma – POGODA, gdy jej brak góra jest po prostu zamknięta i nie ma zmiłuj.

-Hot Springs, wątpliwa atrakcja – raczej dla turystów azjatyckich dla których przesiadywanie w wannie nawet z kilkoma osobami naraz, stanowi jakąś tam formę luksusu (w Azji wanna jest synonimem luksusu tak jak w Polsce prysznic)
-Raflesia Center,coś dla botaników ale także dla aktywnych turystów, bowiem te unikalne „kwiatki” nie rosną ot tak byle gdzie tylko jak najdalej od cywilizacji i musicie się liczyć z dość długim spacerem a bez przewodnika nawet z ich poszukiwaniem, sukces nie zawsze gwarantowany.
Jeśli pogoda Wam nie dopisze (jak miało to miejsce w naszym wypadku) KK oferuje również:
-2 kina
-Centrum sportowe w parku z (golfem, ścianką wspinaczkową pod dachem, basenem)
-Kilka centrów handlowych,
-Targi: rybny, nocny, lokalny.


Miasto wydaje się być jedną wielką sypialnią (prawie każdy budynek w centrum to hotel ). My jednak zdumieni byliśmy brakiem turystów (być może wszyscy oprócz nas znali dokładnie tygodniową prognozę pogody i zrezygnowali z tego kierunku, lub ten okres nie jest najlepszy na odwiedzanie Borneo). Z drugiej strony brak turystów wydaje się jednak usprawiedliwiony, ceny hoteli a także ceny organizowanych wycieczek są tu najwyższe jak do tej pory w trakcie naszej wyprawy. Najczęściej też nie ma sposobności zorganizowania wszystkiego na własną rękę.
Standard zaś o wiele gorszy niż w Tajlandii czy na części kontynentalnej Malezji.
Ze swojej strony możemy polecić hotel TOURIST CENTER (73RM) za pokój w przyzwoitym standardzie i działającym WiFi, nawet na najwyższym piętrze.
KK to także wyśmienite owoce morza, serwowane głównie w chińskich centrach seafood. Tylko tu za 8RM czy też niewiele więcej zjecie świeże kraby czy krewetki dopiero co wybrane osobiście ze zbiornika i przyrządzone w 10min. Oczywiście chwyt polega na tym, że najprawdopodobniej przepłacicie za ryż czy też drinki ale i tak warto spróbować, w końcu gdzie indziej znajdziecie taki wybór ryb i owoców morza pierwszej świeżości. 😉

Garść faktów:
– wynajęcie samochodu od 90RM za dobę (KK Leisure Rent a Car) nie potrzebne żadne karty kredytowe, wszystko płatne gotówką + 200RM depozyt. Stanem paliwa w baku też się nie przejmujcie (firma się nie przejmuje). Na wyprawę w góry wystarczył nam silnik 1,3l – jednak tylko z ręczną skrzynią biegów, automat może nie dać rady.
-Hotele od 60RM za pokój dwuosobowy. Porządny standard od 75RM
-Woda od 1RM, piwo w sklepie od 15RM w barze od 20RM/pint
-Wyżywienie taniej niż w Polsce, posiłek od 5RM za talerz.
-Kawa/herbata/super świeży sok – 1,5RM/1,5RM/4RM ceny w restauracji.

Malezyjska część Borneo przypadnie do gustu aktywnym osobą, lubiącym górskie wędrówki oraz osobą chcącym spędzić czas na okolicznych wyspach nurkując wśród morskich stworzeń. Ceny jednak, zwłaszcza hoteli i wycieczek organizowanych przez biura odstraszają skutecznie i jeśli nie byliście jeszcze w Tajlandii lub nie jesteście doświadczonymi nurkami szukającymi innych lokalizacji, wybierzcie o wiele lepiej zorganizowaną i z lepszą jakością do ceny ofertę północnego sąsiada.
Szczególnie, że na Borneo o dobrą pogodę równie ciężko jak o hotel w dobrym standardzie i przystępnej cenie. W końcu cała wyspa to jedna wielka podrównikowa dżungla i musi sporo wody „wypić” tak więc deszcz i upał gwarantowany w połączeniu z dużą wilgotnością powietrza.



Podsumowanie Malezji.

Jako, że z Borneo udajemy się prosto do Singapuru i dalej na południe kilka spraw wartych dopowiedzenia i podsumowania oprócz wszystkiego co opisaliśmy do tej pory a co zostało być może zapomniane, pominięte.
Malezja dla nas, to między innymi:
-Najłatwiejszy przelicznik walutowy 1RM=1PLN, o tym należy pamiętać zapoznając się z cenami.
-Duże ułatwienie w poruszaniu i porozumiewaniu się za sprawą wszędzie stosowanego alfabetu łacińskiego, jednak poziom znajomości języka angielskiego trochę gorszy niż w Tajlandii.
-Głowna religia to Islam i co się z tym wiąże dla turysty to: drogi alkohol oraz konieczność odpowiedniego zachowania oraz ubioru w wyznaczonych miejscach. Ciekawostka, głównie na wschodzie Borneo duże skupisko ludzi wyznania chrześcijańskiego.
-Paliwo tanie jak woda 1,8RM za litr (pamiętajcie o przeliczniku?)
-Bilard wydawać by się mogło, że to sport narodowy Malajów (przynajmniej na Borneo)
-Pogoda, często pada i jest to deszcz najczęściej oczekiwany – gdyż jest po prostu za gorąco, najczęściej w połączeniu z burzą.
-tradycyjne danie: Nasi Lemak, ryż z dodatkiem ostrego sosu z połówką jajka na twardo, orzeszkami i suchymi sardynkami. Czasami podawany zawinięty w liściu bananowca. Ogólnie bardzo urozmaicone jedzenie i dosyć smaczne. Jednak to nie to co w Tajlandii
-Jadłodajnie typu KFC/MC najgorsza na świecie (nie zjadliwa) jakość za śmieszne pieniądze – zestaw ok.6RM
– Zaskakujące podobieństwo w nazewnictwie do języka polskiego np. samochód = kareta, szkoła = schola.

1 Comment

Filed under Azja-Australia

No to do Malezji

Wyprawę do Malezji rozpoczynamy z Ao Nang.
Pobudka 5:30, Mini Van (500THB) od 6:00 zaczyna odbierać poza nami jeszcze 10 innych osób i wyrusza w kierunku płd. granicy (dokładnie do miasta HAT YAI).
Nasz cel podróży to Perhentian Islands we wsch-płn Malezji na morzu chińskim.
Jako, że jestem z natury przekornym i ciekawskim typem (lubiącym doświadczać czasami nowych, a nawet zakazanych rzeczy) wybieramy przejście graniczne Sungai Kolok we wschodniej części płd. granicy Tajlandii (odradzane przez przewodniki, ze względu na napiętą sytuację graniczną w tym rejonie)
(Mama jak czyta to niech się nie martwi, wszystko pod kontrolą – na polskiej dyskotece w Londynie bywa równie a nawet bardziej niebezpiecznie)
Oprócz częstych kontroli wojskowych na rogatkach drogowych do granicy z niczym innym przypominającym sytuację kryzysową się nie spotkaliśmy.
Po 10 godzinach jazdy, z mnóstwem przystanków na: dostarczenie niezliczonej ilości paczek, przerwie obiadowej, przerwie na siku, przesiadce do innego busa, dowiezieniu wszystkich lokalnych pasażerów pod wskazany adres – docieramy do granicy jako jedyne blade twarze w okolicy (furory jednak nie robimy).

Przejście, typowo lokalne (infrastruktura jak zwykle porządna), ciężarówki z bydłem, mniejsze i większe samochody, pachnie wsią – odnajdujemy nasze okienko i ze smutkiem żegnamy się z Tajlandią.
By po przejściu małej rzeczki powitał nas duży napis WELCOME TO MALAYSIA.
Rach, ciach uzupeł9nienie już dobrze nam znanego blankietu wjazdowego na kontroli paszportowej, bez żadnej kolejki, bez zbędnych pytań i jesteśmy w 10 min nie tylko w nowym kraju ale także nowej strefie czasowej, tak więc zegarki o godzinę do przodu.

My ze swojej strony polecamy to przejście graniczne, jeśli udajecie się w te strony Malezji.


Łapiemy taksówkę (cena maks. 70RM do podziału między maksymalnie 4 osoby, mieszczące się w środku) i udajemy się do miasteczka (bardziej przystani rybackiej) z którego odpływają łodzie na wybrane przez nas wyspy.
Jako, że jest już 18, nie damy rady dotrzeć tam tego samego dnia (ostania łódź odpływa o 17) tym bardziej dziwimy się czemu nasz kierowca się tak spieszy.
Malezja powitała nas:
– normalnym europejskim alfabetem (w odróżnieniu od Tajlandii, to spore udogodnienie przy czytaniu map czy szukaniu czegokolwiek w mieście)
– taksówkarzem RAJDOWCEM,
– samochodami o wiele starszymi i gorszej jakości niż u płn. sąsiada.
Może to jakaś zasada, że im gorszy samochód tym bardziej chce się udowodnić sobie i innym, że jeszcze niezła z niego maszyna, a może nasz kierowca naprawdę był w przeszłości kierowca rajdowym, gdyż nie tylko rzadko prędkościomierz wskazywał mniej niż 100km/h (drogi w gorszym stanie niż w Tajlandii, powiedział bym standard polski) to jeszcze:
– siedział na wpół po turecku (niby po co mu druga noga na pedałach jak używał jedynie gazu)
– rozmawiał non stop przez telefon (NOKIA 6021) używając go jak CB radia – spryciarze
Ile razy złamał przepisy ruchu drogowego przestałem liczyć po 10 min (chyba, że wyprzedzanie na 3 a nawet 4-tego, wyprzedzanie na zakręcie, na podwójnej ciągłej, z lewej z prawej itd., itp. to standard i jazda przepisowa w Malezji)
Gdybym to ja prowadził, Andrea wysiadła by już po 5 min a tak z braku jakiejkolwiek komunikacji z naszym RAJDOWCEM w żadnym z 4 języków znanych przez nas, najzwyczajniej w świecie wzięła i poszła SPAĆ.
Ja tymczasem zasnąć nie mogłem i kruszyłem powoli starą tapicerkę trzymając się mocno drzwi na każdym z zakrętów.

Taka to była niedziela, „los” był po naszej stronie, żaden samochód nie wyjechał zza zakrętu o nieodpowiedniej porze i dojechaliśmy do Kota Besut o 19:15.
W pierwszym lepszym (tzn. gorszym) hotelu zatrzymaliśmy się na nocleg (40RM za pokój), kupiliśmy bilety na łódź na 8 rano na dzień następny (70RM open return) i skorzystaliśmy z Internetu (za darmo). Nie mogąc doczekać się poznawania i odpoczynku na naszych wysepkach, poszliśmy spać jak zwykle późno i jak zwykle wymęczeni.

Leave a comment

Filed under Azja-Australia