Tag Archives: Malezja

Borneo

Podróż na tą długo nie odkrytą wyspę południowo wschodniej Azji rozpoczynamy z Kuala Lumpur (Air Asia, odpowiednik europejskiego Easy Jet – jest o wiele tańsza a obsługa jak i samoloty nawet na lepszym poziomie, czyli da się kupić takiego samego NOWEGO, drogiego AIRBUSA, podejrzewam za te same pieniądze co w Europie a oferować mimo wszystko niższe ceny lotów – ktoś zaraz pomyśli „naiwniak” przecież wiadomo bo tam mniej zarabiają – tak wiem, zarabiają średnio tyle co w PL tylko w kraju płacimy ceny zachodnio-europejskie baaa nawet o wiele wyższe).
Tyle nawiasem powiedziawszy 😉 Nie wierzycie wasza sprawa – przekonajcie się sami.


Borneo to dosyć spora wyspa (743,330 km2) podzielona pomiędzy Indonezje na południu i Malezję na północy z malutkim ale za to jednym z najbogatszych państw globu, sułtanatem Brunei.
Ze względu na swą dużą powierzchnie i małą gęstość zaludnienia (16 mln mieszkańców) uznawana jest za jedną z najdzikszych i najlepiej zachowanych ekosystemów na ziemi.
Ogromna liczba gatunków zwierząt a przede wszystkim roślin występuje jedynie tu w swoich naturalnych środowiskach. Dżungla zachowała do tej pory ogromną liczbę gatunków odkrywanych na bieżąco przez kolejnych zapaleńców i miłośników fauny i flory.
Zaczęliśmy swą podróż od płd-wsch strony dystryktu Sabah.


Sandakan to małe, leniwe miasteczko z lotniskiem i portem. Oprócz lokalnych atrakcji w samym mieście nie zagościcie pewnie za długo.
Jego pozytywy to z pewnością:
– Łatwa komunikacyjnie baza wypadowa,
-Najtańsze jedzenie jak do tej pory w Malezji,
Hotel London – ceny od 55RM do 80RM, supermiła obsługa i dobra jakość do ceny, co w Malezji nie zawsze jest tak pewne jak choćby w Tajlandii.
Czemu więc Sandakan?
Atrakcje regionu:
– Sepilok Orangutan Center (wstęp 30RM + 10RM kamera), dostaniecie się tam autobusem nr.14 z centrum miasta 4RM/bilet w jedna stronę, dowiezie Was pod samą bramę ogrodu. Wybierzcie się tam jedynie na pory karmienia (10:00 i 15:00) Centrum jest zamknięte w godzinach 11:30-14:00 Oprócz orangutanów zobaczycie oczywiście też i inne małpy – godzina zwiedzania spokojnie wystarczy.
– Proboscis Monkey Center (60RM+10kamera). Możecie zobaczyć oba centra tego samego dnia wybierając się na karmienie poranne do jednego i popołudniowe do drugiego. Pod bramą Sepilok center zazwyczaj czeka jakaś taksówka, która po wytargowaniu zawiezie was w tą i z powrotem. (maks. 100RM i 4 osoby do podziału ;>) Pamiętajcie, że ostatni bus nr.14 z Sepilok wraca o 16:00.
-Turtle Island, 30 minut łodzią z Sandakan – jedno lub dwu dniowe wycieczki organizowane przez wszystkie biura turystyczne – innej możliwości nie ma w końcu to park narodowy pod ścisłą ochroną.
-Jednak główną atrakcją regionu są wyspy, rafy koralowe i nurkowanie w tamtym rejonie. Mając jednak już Ko Tao za sobą nie planowaliśmy Borneo pod tym kątem, a szkoda. STANOWCZO polecamy, o ile o pogodę tu trudniej niż w Tajlandii to warunki do nurkowania podejrzewam najlepsze na świecie, reklamowane zresztą już nawet przez naszego nauczyciela Jamesa.
Znając już z doświadczenia różnice pomiędzy wodami Malezji a Tajlandii, możemy stanowczo stwierdzić, Borneo to raj dla nurków. Też z tego prostego powodu, że jest tu ogólnie drożej, nurkowania też droższe, więc rzesze turystów nie miały jeszcze sposobności „zadeptać” … hmmm… nie może „zasikać” (nie wiem co tam jeszcze) zniszczyć środowiska naturalnego tych okolic.
Jeśli planujecie zobaczyć wszystkie wyżej wymienione atrakcje będziecie potrzebować przynajmniej 5 dni. Jeśli tylko małpy 1 pełen dzien.
Przeprawa na drugą stronę Borneo do Kota Kinabalu najłatwiej i najefektywniej oczywiście Air Asia, taxi z lotniska do centrum w Sandakan – po wykupieniu kuponu, kosztuje 26RM.
Inna możliwość, autobus z dworca 3km za miastem (30RM, 6 godzin jazdy i duża częstotliwość włącznie z kurami wieczornymi) dowiezie Was do dworca 9km na przedmieściach KK, skąd taksówką (20RM) w 10 min pod wskazany adres w mieście.


Kota Kinabalu – stolica prowincji Sabah.
Jest to bardzo przyjemne miasteczko położone nad wodą i tuż u podnóża gór. Stanowi super bazę wypadową w obu kierunkach, więc nudzić się nie da.
Atrakcje regionu:
– Tunku Abdul Rahman Park, pięć wysp (koszt 17RM/w obie strony łódź na jedną wyspę, 27RM na dwie i tak dalej + 10RM wypożyczenie maski, +10RM płetwy).

-Mt. Kinabalu (najwyższa góra Borno 4,095 m) Pierwsza porażka naszej wyprawy, mimo że zaplanowana w szczegółach z pogodą nie wygrasz. Do zdobycia w dwa dni, będziecie jednak musieli z dużym wyprzedzeniem (przynajmniej 3 miesięcznym), zarezerwować jeden z nielicznych noclegów w połowie góry lub dysponować nieludzką kwotą na wykupienie wejścia w jednym z biur turystycznych. Ogólnie bardzo droga atrakcja no i ta niewiadoma – POGODA, gdy jej brak góra jest po prostu zamknięta i nie ma zmiłuj.

-Hot Springs, wątpliwa atrakcja – raczej dla turystów azjatyckich dla których przesiadywanie w wannie nawet z kilkoma osobami naraz, stanowi jakąś tam formę luksusu (w Azji wanna jest synonimem luksusu tak jak w Polsce prysznic)
-Raflesia Center,coś dla botaników ale także dla aktywnych turystów, bowiem te unikalne „kwiatki” nie rosną ot tak byle gdzie tylko jak najdalej od cywilizacji i musicie się liczyć z dość długim spacerem a bez przewodnika nawet z ich poszukiwaniem, sukces nie zawsze gwarantowany.
Jeśli pogoda Wam nie dopisze (jak miało to miejsce w naszym wypadku) KK oferuje również:
-2 kina
-Centrum sportowe w parku z (golfem, ścianką wspinaczkową pod dachem, basenem)
-Kilka centrów handlowych,
-Targi: rybny, nocny, lokalny.


Miasto wydaje się być jedną wielką sypialnią (prawie każdy budynek w centrum to hotel ). My jednak zdumieni byliśmy brakiem turystów (być może wszyscy oprócz nas znali dokładnie tygodniową prognozę pogody i zrezygnowali z tego kierunku, lub ten okres nie jest najlepszy na odwiedzanie Borneo). Z drugiej strony brak turystów wydaje się jednak usprawiedliwiony, ceny hoteli a także ceny organizowanych wycieczek są tu najwyższe jak do tej pory w trakcie naszej wyprawy. Najczęściej też nie ma sposobności zorganizowania wszystkiego na własną rękę.
Standard zaś o wiele gorszy niż w Tajlandii czy na części kontynentalnej Malezji.
Ze swojej strony możemy polecić hotel TOURIST CENTER (73RM) za pokój w przyzwoitym standardzie i działającym WiFi, nawet na najwyższym piętrze.
KK to także wyśmienite owoce morza, serwowane głównie w chińskich centrach seafood. Tylko tu za 8RM czy też niewiele więcej zjecie świeże kraby czy krewetki dopiero co wybrane osobiście ze zbiornika i przyrządzone w 10min. Oczywiście chwyt polega na tym, że najprawdopodobniej przepłacicie za ryż czy też drinki ale i tak warto spróbować, w końcu gdzie indziej znajdziecie taki wybór ryb i owoców morza pierwszej świeżości. 😉

Garść faktów:
– wynajęcie samochodu od 90RM za dobę (KK Leisure Rent a Car) nie potrzebne żadne karty kredytowe, wszystko płatne gotówką + 200RM depozyt. Stanem paliwa w baku też się nie przejmujcie (firma się nie przejmuje). Na wyprawę w góry wystarczył nam silnik 1,3l – jednak tylko z ręczną skrzynią biegów, automat może nie dać rady.
-Hotele od 60RM za pokój dwuosobowy. Porządny standard od 75RM
-Woda od 1RM, piwo w sklepie od 15RM w barze od 20RM/pint
-Wyżywienie taniej niż w Polsce, posiłek od 5RM za talerz.
-Kawa/herbata/super świeży sok – 1,5RM/1,5RM/4RM ceny w restauracji.

Malezyjska część Borneo przypadnie do gustu aktywnym osobą, lubiącym górskie wędrówki oraz osobą chcącym spędzić czas na okolicznych wyspach nurkując wśród morskich stworzeń. Ceny jednak, zwłaszcza hoteli i wycieczek organizowanych przez biura odstraszają skutecznie i jeśli nie byliście jeszcze w Tajlandii lub nie jesteście doświadczonymi nurkami szukającymi innych lokalizacji, wybierzcie o wiele lepiej zorganizowaną i z lepszą jakością do ceny ofertę północnego sąsiada.
Szczególnie, że na Borneo o dobrą pogodę równie ciężko jak o hotel w dobrym standardzie i przystępnej cenie. W końcu cała wyspa to jedna wielka podrównikowa dżungla i musi sporo wody „wypić” tak więc deszcz i upał gwarantowany w połączeniu z dużą wilgotnością powietrza.



Podsumowanie Malezji.

Jako, że z Borneo udajemy się prosto do Singapuru i dalej na południe kilka spraw wartych dopowiedzenia i podsumowania oprócz wszystkiego co opisaliśmy do tej pory a co zostało być może zapomniane, pominięte.
Malezja dla nas, to między innymi:
-Najłatwiejszy przelicznik walutowy 1RM=1PLN, o tym należy pamiętać zapoznając się z cenami.
-Duże ułatwienie w poruszaniu i porozumiewaniu się za sprawą wszędzie stosowanego alfabetu łacińskiego, jednak poziom znajomości języka angielskiego trochę gorszy niż w Tajlandii.
-Głowna religia to Islam i co się z tym wiąże dla turysty to: drogi alkohol oraz konieczność odpowiedniego zachowania oraz ubioru w wyznaczonych miejscach. Ciekawostka, głównie na wschodzie Borneo duże skupisko ludzi wyznania chrześcijańskiego.
-Paliwo tanie jak woda 1,8RM za litr (pamiętajcie o przeliczniku?)
-Bilard wydawać by się mogło, że to sport narodowy Malajów (przynajmniej na Borneo)
-Pogoda, często pada i jest to deszcz najczęściej oczekiwany – gdyż jest po prostu za gorąco, najczęściej w połączeniu z burzą.
-tradycyjne danie: Nasi Lemak, ryż z dodatkiem ostrego sosu z połówką jajka na twardo, orzeszkami i suchymi sardynkami. Czasami podawany zawinięty w liściu bananowca. Ogólnie bardzo urozmaicone jedzenie i dosyć smaczne. Jednak to nie to co w Tajlandii
-Jadłodajnie typu KFC/MC najgorsza na świecie (nie zjadliwa) jakość za śmieszne pieniądze – zestaw ok.6RM
– Zaskakujące podobieństwo w nazewnictwie do języka polskiego np. samochód = kareta, szkoła = schola.

Advertisements

1 Comment

Filed under Azja-Australia

Kuala Lumpur

Malezyjska stolica już z samolotu wydaje się zielonym oceanem drzew palmowych.
Nie inaczej jest w centrum miasta budynki i całe dzielnice toną w zieleni. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, szybko rozwijające się miasto wydarło jakąś przestrzeń dżungli ale klimat jak i ogromna dbałość o środowisko naturalne sprawiają, że dżungla jak by łapie drugi oddech i zaczyna pochłaniać miasto, odzyskując co swoje.
Koniec, końców efekt jest wspaniały: ogromne, monumentalne budynki (z nutą islamskiego stylu architektury) otoczone piękna, soczystą zielenią oraz tysiącem fontann i kaskad wodnych, robią wrażenie i sprawiają że życie wielkomiejskie jest bardziej przyjazne dla człowieka.
Kuala Lumpur to bardzo szybko rozbudowujące się miasto, tempo jest tak wielkie, że jego mieszkańcy nie mają chyba zbytnio czasu na cieszenie się choćby tą zielenią w parkach. To tu w pięknym i ogromnym parku „Taman Tasik Perdana” nie spotkaliśmy w środku dnia nikogo oprócz kilkunastu pracowników porządkujących i dbających o zieleń.

W kolejnym parku „Bukit Nanas Forest Reserve” (tuż pod KL Tower) już tak bardzo nie dziwiła znikoma obecność ludzka, gdyż przy samym wejściu widoczne były tablice informujące o przynajmniej pięciu zagrożeniach, czy to ze strony fauny czy też flory występujących na jego terenie.
Najokazalszy jednak park znajduje się nie gdzie indziej jak tuż obok dumy całego miasta czyli Petronas Twin Towers, choć służby porządkowe tam dają się wyjątkowo we znaki (szczególnie takim zapaleńcom i poszukiwaczom innego punktu widzenia jak Ja) – mimo wszystko trzeba zaznaczyć park jest wręcz sterylnie idealny.
Przy okazji parku nie można zapomnieć o samych wieżach, wycieczka na poziom pomostu łączącego oba drapacze kosztuje 10RM, ilość wejść na dzień limitowana (jest opcja zakupu biletu na dzień kolejny). Naszym zdaniem: nie ma sensu stać w kolejce od wczesnego rana (jak radzą w przewodnikach). My będąc tam od ok. 7:30 zastaliśmy już i tak ogromną kolejkę a do godz. 9:00 nic się praktycznie nie zmieniło (czy to z przodu czy z tyłu). Ogólnie bardzo źle zorganizowane miejsce. Ok. godz. 10 przestano wpuszczać do kolejki nowe osoby (tłumacząc to wyczerpaniem limitu na dzień) ale ok. 12 gdy już kolejka prawie się kończyła (po uprzedniej rezygnacji kilkunastu osób) nowe osoby dołączały do kolejki wykupując czy to ostatnie bilety na dziś czy też bilety na dzień kolejny. Bądź tu mądry jak to wszystko działa. Bądźcie gotowi na stratę przynajmniej 3-4h w tejże kolejce oraz powrót w to samo miejsce późnym popołudniem na godzinę wskazaną na bilecie.
Bilet na ostatnie piętra widokowe ok. 40RM (tych biletów nigdy nie brakuje)
Sam pobyt na pomoście łączącym obie wierze oczywiście jak najbardziej wart zobaczenia ale z wiedzą i czasem spędzonym w kolejce w porównaniu do czasu spędzonego na pomoście (7 min z zegarkiem w ręku) był komicznym żartem ze strony organizatorów.
Może lepiej wybrać się na wyższa wieżę Menara KL, bez kolejki i z widokiem na Petronas Towers.

Garść faktów:
– Baza noclegowa, głównie w rejonie Chinatown i Pateling Rd. Porządny pokój dwójka od 100RM z TV, Klimą i WiFi. Polecamy „Chinatown Boutique” Hotel.
– Transport bardzo dobry, (sieć pociągów naziemnych oraz jedna linia kolejki magnetycznej najlepszym rozwiązaniem na poruszanie się po mieście) ceny przejazdów zależne od pokonywanych odległości (3-4 przystanki, ok. 1,4 RM). Autobusy z obsługującym je kierowcą oraz osobą odpowiedzialną za sprzedaż biletów 1RM, najtańszy środek transportu ale o wiele wolniejszy i mniej komfortowy z uwagi na panujące upały. Taxi do głównej stacji KL Sentral 15RM skąd pociągiem (32RM) lub autobusem (8RM) dostaniecie się w ok. 50min na lotnisko (taxi bezpośrednio na lotnisko 80RM). Autobusy znajdziecie na tyłach stacji kolejowej, odjeżdżają od bardzo wczesnych godzin ok. 3:00am do bardzo późna.
– Wyżywienie w mieście bardzo dobre i urozmaicone. Znajdziecie tu podobne stragany jak w Tajlandii (choć nie tak bogate i nie tak smaczne ;>) ale także normalne restauracje serwujące od zach., przez hinduską, tajską, chińską kuchnię po malezyjskie specjały. Polecane miejsce to klimatyzowane wnętrze Central Market, gdzie na drugim piętrze kilka restauracyjek serwuje spory wybór potraw, ceny od 5,5RM za talerz do 10 RM. Dla smakoszy: jeśli uda Wam się odnajdźcie na pierwszym piętrze cafeterię mniej więcej na środku marketu po lewej stronie od wejścia głównego i spróbujcie sernika cappuccino (razem z kawą koszt ok. 6,5RM) – przepraszam z góry mamę ale to najlepszy sernik na świecie, NIEBO W GĘBIE.
– Zakupy: tu oczywiście prym wiedzie Petelind Rd. (fot. po prawej) z tutejszymi „szczękami” kto by pomyślał, że tutejszy stadion Warszawski może być drugą po Petronas Towers atrakcją miasta przyciągającą setki tysięcy turystów. No cóż ktoś pomyślał, dlatego takie rzeczy to nie w Polsce. Znajdziecie tu hmmm….. „wszystko”. Drugim miejscem na zakupy jest Central Market (fot. po lewej), gdzie znajdziecie znowu…. ”wszystko” – tyle, że nie w formie podróbek światowych marek a raczej w formie pamiątek i artystycznych cepelii. Uliczki C.M. to najzwyczajniej połączenie Krupówek, Sukiennic, Sopockiego deptaka i Warszawskiej hali KDT (nie istniejącej już, apropo).














Oba te miejsca zabiorą was w małą podróż w czasie, dokładnie w początek lat 90 w PL, ogromny wybór produktów (raczej z rzadka tandetnych) za to po cenach jakie obowiązywały właśnie 20 lat temu, i przy ogromnej, bogatej ofercie lokalnego jedzenia serwowanego przez przedsiębiorczych mieszkańców (nie zawsze w sterylnych warunkach) za to naprawdę smacznego. Nie trzeba dodawać, że oba markety położone są w samym centrum miasta (jak zawsze w Azji, choć nie tylko Azji), można by powiedzieć w idealnych miejscach na wybudowanie, nie wiem „jakiegoś” muzeum. (PS. Kolejkę naziemną potrafili wybudować tuż między ścianą C.M. a rzeką bez zamykania lub likwidacji marketu)

Całe Kuala Lumpur (w jakimś sensie) przypomina mi bardzo ścieżkę rozwoju Warszawy, tylko nasz niespodziewany boom z lat 90-tych został (i nadal jest) przystopowany odpowiednimi podatkami, regulacjami, koncesjami i zakazami. Stąd w Polsce coraz więcej zagranicznych sieci handlowych i jadłodajni (o podejrzanej jakości ale super sterylnych) a ceny zamiast zachęcać odstraszają mieszkańców oraz turystów, nawet już tych ostatnich stricte „alkoholowych”.
Dlatego MY zakochaliśmy się w tym mieście, mimo tak wielkiej różnicy kulturowo obyczajowej, jest to definitywnie jedno z nielicznych miast w których chcieli byśmy może nie mieszkać ale zostać na dłużej na pewno, by cieszyć się choćby jego smakami, wolnością, klimatem i super przystępnymi cenami – nawet jak na polską kieszeń.

Nasza ocena miasta 9*

Leave a comment

Filed under Azja-Australia

Melaka – UNESCO World Heritage Site

Byliśmy, zobaczyliśmy i niepolecamy.
Pierwszego dnia zobaczyliśmy… prawie nic padało
Drugiego dnia zobaczyliśmy większość atrakcji:
-Town Square
-Clock Tower
-Christ Church
-Porta de Santiago
-Chinatown

i poszliśmy do Kina na film (10RM)

Jeśli pada i chcecie iść do kina nie koniecznie musicie odwiedzać Melakę.
Dość droga baza noclegowa (od 50RM za pokój dwuosobowy) z najgorszą jakością do ceny spotkaną w trakcie wyprawy, spowodowane z pewnością starą („historyczną”) zabudową miasta. Na dodatek weekend i mnóstwo turystów limitowany wybór hoteli.
Znośne lokum od 80RM w górę – w porównaniu do 80-90RM płaconych za luksus w raju na Perhentian Islands wydaje się wręcz zdzierstwem.
Naszym zdaniem: jakość do ceny żadna, atrakcje miasta poniżej przeciętnej, bród i smród ponad standardowy. Miejsce bardzo nieprzygotowane na taki napływ turystów (zwłaszcza weekendowych) na dłużej nie ma co tam gościć na pewno.
Jeśli już tam zawitacie a klimat miasta nie przypadnie Wam do gustu, ucieczką może okazać się centrum handlowe, 10 min na pieszo od głównej atrakcji miasta, tak duże że zgubicie się tam na długie godziny i wykorzystacie czas na zakupy, np. pamiątek.
Polecamy restauracje Calanthe Art Cafe duży wybór kaw i tego co da się z niej zrobić, warto spróbować. Najlepsze banana frape jakie piłem.
Więcej nie znajdę pozytywów a nad negatywami nie chcę się dłużej rozwodzić, uwierzcie na słowo, zaufajcie naszym osądom i znajdźcie sobie inny cel podróży.
Melaka jak dla nas dostała na wyrost miano UNESCO Site lub być może krótki czas dzierżenia tego tytułu nie pozwolił jeszcze przygotować się odpowiednio na turystów.

Leave a comment

Filed under Azja-Australia

Cameron Highlands

Po osuszeniu i przebraniu w resztki ocalałych ubrań z przemoczonych plecaków po przeprawie łodzią, wyruszamy w podróż busem (65RM) z Kota Besut do Cameron Highlands przez dżunglę i ponad 2000 m n p m pasmo górskie.
Przystanek na lunch w Gua Musang wykorzystany zostaje także na przesiadkę do nowego busa. Droga (6h) minęła szybko i przyjemnie, głównie dzięki przepięknym i szybko zmieniającym się widokom za oknem oraz docenieniu faktu jakże najoczywistszego w tej chwili „pewnego dachu nad głową i suchego siedzenia” 😉
Bezkresna zielona dżungla od Gua Musang, przecinana tu i uwdzie ogromnymi plantacjami drzew palmowych wygląda potężnie i majestatycznie w górskiej scenerii.
W ciągu 3h jazdy mijamy jedynie kilka domów i śladowe oznaki cywilizacji.
Jak większość „backpakersów” zatrzymaliśmy się w miejscowości Tanah Rata.
Ze względu na rozbudowaną bazę noclegową (pokój z klimą i WiFi znajdziecie od 70RM) oraz dobre połączenie z atrakcjami okolicy, wydaje się sensownym wyborem.
Jednak jak dla nas Tanah Rata okazała się zbytnio nastawioną na turystów, opanowaną głównie przez hinduskie usługi, komercyjną KONIECZNOŚCIĄ.

Plusy miasteczka:
– baza noclegowa,
– przystanek komunikacji lokalnej,
– pierwsze atrakcje i wypady tuż za miastem, dystans do pokonania pieszo
Minusy:
– miasteczko opanowane głównie przez hindusów (główna kuchnia indyjska)

Komentarz (żeby nie było, że jakiś uprzedzony jestem z góry).

Bądźcie gotowi na wszelkiego rodzaju triki z ich strony.
Nas za każdym razem (ale to każdym bez wyjątku) próbowano oszukać przy podliczaniu rachunku, zawsze mylili się na swoją korzyść chyba nie muszę dodawać – dlatego piszę, że próbowali OSZUKAĆ.
Na dodatek 2 razy serwując coś czego nie zamawialiśmy (i to nie problem językowy bo przy daniach są również zdjęcia).
Tak więc jeśli chodzi o jedzenie, góry nie witają nas nazbyt gościnnie (przynajmniej „mniejszość”- raczej większość hinduska, nie robi dobrej reklamy Malezji).


Wracając do tematu, Cameron Highlands to zachodnie zbocza gór rozciągających się na wysokości miasta Ipoh na przestrzeni ok. 50 km i wysokości ok. 1500m n p m.
Główną atrakcją i chlubą są tu oczywiście plantacje herbaty ale występują również licznie, choć nie na tak ogromnych przestrzeniach, wszelkiego rodzaju plantacje od sałaty do truskawek.
Bardziej i mniej łagodne zbocza w tych okolicach pokryte są setkami o ile nie tysiącami ogrodów, często pod tunelami foliowymi (podobnymi do tych spod białobrzeskich wsi w Polsce, tyle że tu na zboczach gór).
Plantacje herbaty założone przez anglików na początku XX wieku nie potrzebują oczywiście zadaszenia jedynie mnóstwa rąk do pracy i stanowią przepiękny widok, wręcz artystyczną dekoracje krajobrazu.
Wyrywane przez człowieka fragmenty ziemi ze szponów puszczy pod uprawę herbaty tworzą swoiste labirynty zieleni.
Spacerując pomiędzy pagórkami i urwiskami wypełnionymi tym labiryntem można poczuć się jak książkowy Hobbit Tolkiena. 😉
Otaczająca nas zieleń jest tak intensywna i soczysta, że jedynie Szkocka trawa na wiosnę może dorównać tej palecie barw.
Zresztą zobaczcie sami 😉







Garść faktów:

-Wyżywienie
Restauracje (głównie indyjskie dania) na głównej ulicy Tanah Rata 8-10RM za danie. Shake/sok 4-5RM

-Komunikacja publiczna (zdezelowany autobus) kursuje pomiędzy okolicznymi miejscowościami jak i plantacjami zabierze Was prawie wszędzie za 1-2RM

-Autobus do Kuala Lumpur 3-4h jazdy, 13RM (kilka firm oferujących tą trasę, jedne lepsze drugie gorsze, najlepiej przyjść na przystanek po uprzednim sprawdzeniu godziny odjazdów i kupić bilet na ten autobus który Wam się podoba najbardziej, nie ma problemu z miejscem w autobusie)

-Łapanie stopa nie stwarza większych problemów, mimo że odradzane przez przewodniki…???..

-Zwiedzanie fabryki herbaty (plantacja BOH ) za darmo.

– Spacer na szczyt Gunung Brinchang w obie strony zaczynając na plantacji BOH ok. 3h.

Atrakcje regionu:
-Plantacje herbaty,
-Góry i porastająca je dżungla,
-Plantacje truskawek i innych owoców/warzyw,
-Butterfly, scorpio, bee farm,

Naszym zdaniem:

Jeśli już jesteście w Kuala Lumpur i macie dzień (raczej dwa dni) wolnego, warto wybrać się w północnym kierunku by zobaczyć życie prowincji, po drodze odwiedzając Batu Caves.
Nam same widoki pól herbacianych podobały się na tyle, że planujemy tam jeszcze wrócić (o ile pogoda dopisze) w drodze z Australii, poświęcając jeden z trzech dni, które mamy w Kuala Lumpur.

Leave a comment

Filed under Azja-Australia

Perhentian Islands

Perhentian Islands, to wyspy położone na morzu południowo chińskim w płn-wsch Malezji.
Dość długą i uciążliwą wyprawę na nie, kończymy ostatnim wydawać by się mogło krótkim i spokojnym (15km) etapem do pokonania łodzią z Kota Besut.
Sama wioska Kota Besut nie ma zbyt wiele do zaoferowania, więc o ile możecie planujcie czas tak by nie zabawić tam zbyt długo (lub nawet w ogóle).
Wracając do naszego ostatniego etapu, już na widok lekkiej kołyszącej się łodzi za to z 2 potężnymi silnikami motorowymi, szybko lustrowaliśmy przestrzeń do pokonania między portem a wyspami. Majaczące na horyzoncie wyspy oraz spokojne morze, uspokoiły nasze obawy (w przewodnikach też znajdziecie wzmiankę o tym).
Morze było spokojne, ale nie doceniliśmy mocy tychże silników.
Gdy tylko wyszliśmy z portu a łódź obrała na celownik nasze wyspy… coś zaryczało, coś szarpnęło a po chwili odbijaliśmy się wszyscy na łodzi to od siedzenia to od poręczy, to od siebie nawzajem, wciśnięci w jeden wielki kłębek tak mocno że nawet próbując odsunąć się na centymetr siła bezwładności nie pozwalała na wiele.
Łódź zachowywała się jak kamień rzucony na taflę wody w stylu „puszczanie kaczek”. Pasażerowie czuli się chyba jak takie właśnie kamienie, bezwładnie wciśnięci w kąt łodzi jeden na drugim. Cieszyło jednak coś, a mianowicie to że daszek na szczęście to plandeka i na tyle wysoko że przy podskokach nie uderzamy głowami o niego.
Muszę też dodać, że było mokro – jak to na morzu przy takiej prędkości nie da się uniknąć pluskającej zewsząd i wszędzie wody, taki rodzaj darmowej klimatyzacji tym środkiem transportu, tyle że nie było wcale tak gorąco (25C) więc wszyscy najchętniej darowali by ją sobie.
Taki to był ostatni etap podróży, na szczęście jedynie 30 minutowy – ale wydawał się o wiele dłuższy, jakieś 29 min za długi.

Jeśli to was jeszcze nie zraziło (dla lepszego poglądu sytuacji) to droga powrotna z wyspy może odbyć się w o wiele ciekawszych warunkach. Np. w deszczu i z niespokojnym morzem, gdzie lądu nie widać na 5 min przed końcem podróży, podskoki i uderzenia te same za to w ogóle nie zwracacie uwagi na pryskającą wodę po twarzy, bo jesteście już CALI mokrzy po 10 min od wyruszenia w podróż.

Mieliśmy okazję zasmakować obu form, na szczęście w bagażu ocalało co nieco suchych ubrań i mogliśmy przebrać się w toalecie na przystani.
Nasza rada: kupcie sobie foliowe poncza lub przynajmniej duży worek foliowy, aż dziwne że nikt tego nam nie oferował na chwilę przed wyruszeniem.

Wracając do wysp.
Drogą przez mękę okazała się na szczęście ciężką drogą, na końcu której czekała nagroda w postaci najwspanialszych jak dotąd wysp poznanych przez nas.
Perhentian Islands to dwie główne wyspy (mniejsza Kecil i większa Besut) bez infrastruktury drogowej, zamieszkane jedynie przez lokalną mniejszość obsługującą turystów.
Po zobaczeniu obu wysp, możemy stanowczo polecić mniejszą wyspę i Coral Beach na której to zatrzymaliśmy się i my.
Ta lokalizacja jest z pewnością jednym z lepszych wyborów, pozwoli wam cieszyć się piękną plażą z kilkoma restauracjami, barami otwartymi do późna. Przechodząc po kamieniach można odkrywać kolejne wciśnięte w ląd plaże o aksamitnym białym piasku, z palmami pełnymi pocisków kokosowych zwisającymi niebezpiecznie nad głowami. Ta strona wyspy to spokojne wody i mnóstwo raf koralowych, jeśli to jednak znudzi się już wam, możecie udać się w górę ścieżką przez środek wyspy na jej drugą stronę (10 min) na Long Beach i cieszyć się wysokimi falami (możliwość ślizgania na desce) czy wypoczynku w trochę innej większej scenerii z widokami na Perhentian Besut.

Perhentian Islands to definitywnie NASZE wyspy i NASZA plaża, znaleźliśmy wszystko czego szukamy na wyspach, właśnie Tu.
Atmosfera wyspy przypadła nam do gustu pewnie także z faktu że to początek sezonu (od marca do sierpnia) i turystów nie było zbyt wielu, czuliśmy się wręcz czasami jak byśmy byli na bezludnej wyspie w raju.
Nawet w szczycie sezonu nie spodziewam się jednak dużej ilości turystów gdyż baza noclegowa jest tu jeszcze niewielka.
To co na lądzie każdy szybko zobaczy i doceni ale oprócz cudownych rajskich plaż (szkoda, że przez deszcz nie spędziliśmy tam więcej czasu i nie zwiedziliśmy dżungli) to woda i jej skarby są główną atrakcją wyspy.
Brak mi słów na opisanie tego co dzieję się pod wodą wkoło tych wysp, być może foto które zamieszczę tu w przyszłości opisze to lepiej
W każdym bądź razie okolice tych wysp są rajem dla snorklerów i nurków. Tajlandia i jej wody wydają się być wyeksploatowane przez turystów, stąd życie pod wodą jak by biedniejsze.
Miejsca które musicie odwiedzić z maską i płetwami to:

-Lighthouse

-Shark Point


-Turtle Point

-Fish Point

gdzie zobaczycie takie bogactwo życia i kolorowych raf, że przynajmniej ja nie spodziewam się niczego więcej podobnego oglądać na tak małej przestrzeni.
Ogromne żółwie, rekiny, clown fish, parrot fish, płaszczki i wiele innych nieznanych mi z nazwy ryb wręcz pływało ku nam z ciekawości przyglądając się, co to za nowe stworzenie wskakuje do ich ogródka. Wszystko to w kolorowej scenerii rafy koralowej.
Musicie to zobaczyć.

Garść faktów.
Nocleg

Hotele w bardzo dobrym standardzie i całkiem nowe. Ceny od 70RM pokój z wiatrakiem i 90RM klimatyzacja (w szczycie sezonu więcej)
Zdarza się, że niektóre hotele wyłączają elektryczność w określonych godzinach.
My zatrzymaliśmy się w Shari-La Resort i bardzo polecamy to miejsce. Bardzo ładne i czyste pokoje w chatach ustawionych w cieniu drzew w ustronnym miejscu tuz nad małymi plażami.
Wyżywienie
Ceny podobne jak w całej Malezji, brak sklepów – restauracje oferują niezbędne produkty. Bufet z grillem (od 18RM) z bogatym wyborem morskich potraw od merlinów, rekinów po najmniejsze krewetki.

Jeśli wybieracie się do Malezji i nie straszna wam droga opisana przez nas wybierzcie się koniecznie na Parhentian Islands.
Chociaż z drugiej strony może nie powinienem ich tak reklamować, fajnie było by pozostawić je wyłącznie dla siebie 😉
Jako, że nie jest tam po drodze w żadnym z kierunków ani infrastruktura nie jest rozbudowana w pełni, podejrzewam jeszcze długo wysepki te pozostaną w tak pięknym stanie jak było to dane i nam zobaczyć.















Perhentian Islands NASZE WYSPY, niezapomniane.

Leave a comment

Filed under Azja-Australia

No to do Malezji

Wyprawę do Malezji rozpoczynamy z Ao Nang.
Pobudka 5:30, Mini Van (500THB) od 6:00 zaczyna odbierać poza nami jeszcze 10 innych osób i wyrusza w kierunku płd. granicy (dokładnie do miasta HAT YAI).
Nasz cel podróży to Perhentian Islands we wsch-płn Malezji na morzu chińskim.
Jako, że jestem z natury przekornym i ciekawskim typem (lubiącym doświadczać czasami nowych, a nawet zakazanych rzeczy) wybieramy przejście graniczne Sungai Kolok we wschodniej części płd. granicy Tajlandii (odradzane przez przewodniki, ze względu na napiętą sytuację graniczną w tym rejonie)
(Mama jak czyta to niech się nie martwi, wszystko pod kontrolą – na polskiej dyskotece w Londynie bywa równie a nawet bardziej niebezpiecznie)
Oprócz częstych kontroli wojskowych na rogatkach drogowych do granicy z niczym innym przypominającym sytuację kryzysową się nie spotkaliśmy.
Po 10 godzinach jazdy, z mnóstwem przystanków na: dostarczenie niezliczonej ilości paczek, przerwie obiadowej, przerwie na siku, przesiadce do innego busa, dowiezieniu wszystkich lokalnych pasażerów pod wskazany adres – docieramy do granicy jako jedyne blade twarze w okolicy (furory jednak nie robimy).

Przejście, typowo lokalne (infrastruktura jak zwykle porządna), ciężarówki z bydłem, mniejsze i większe samochody, pachnie wsią – odnajdujemy nasze okienko i ze smutkiem żegnamy się z Tajlandią.
By po przejściu małej rzeczki powitał nas duży napis WELCOME TO MALAYSIA.
Rach, ciach uzupeł9nienie już dobrze nam znanego blankietu wjazdowego na kontroli paszportowej, bez żadnej kolejki, bez zbędnych pytań i jesteśmy w 10 min nie tylko w nowym kraju ale także nowej strefie czasowej, tak więc zegarki o godzinę do przodu.

My ze swojej strony polecamy to przejście graniczne, jeśli udajecie się w te strony Malezji.


Łapiemy taksówkę (cena maks. 70RM do podziału między maksymalnie 4 osoby, mieszczące się w środku) i udajemy się do miasteczka (bardziej przystani rybackiej) z którego odpływają łodzie na wybrane przez nas wyspy.
Jako, że jest już 18, nie damy rady dotrzeć tam tego samego dnia (ostania łódź odpływa o 17) tym bardziej dziwimy się czemu nasz kierowca się tak spieszy.
Malezja powitała nas:
– normalnym europejskim alfabetem (w odróżnieniu od Tajlandii, to spore udogodnienie przy czytaniu map czy szukaniu czegokolwiek w mieście)
– taksówkarzem RAJDOWCEM,
– samochodami o wiele starszymi i gorszej jakości niż u płn. sąsiada.
Może to jakaś zasada, że im gorszy samochód tym bardziej chce się udowodnić sobie i innym, że jeszcze niezła z niego maszyna, a może nasz kierowca naprawdę był w przeszłości kierowca rajdowym, gdyż nie tylko rzadko prędkościomierz wskazywał mniej niż 100km/h (drogi w gorszym stanie niż w Tajlandii, powiedział bym standard polski) to jeszcze:
– siedział na wpół po turecku (niby po co mu druga noga na pedałach jak używał jedynie gazu)
– rozmawiał non stop przez telefon (NOKIA 6021) używając go jak CB radia – spryciarze
Ile razy złamał przepisy ruchu drogowego przestałem liczyć po 10 min (chyba, że wyprzedzanie na 3 a nawet 4-tego, wyprzedzanie na zakręcie, na podwójnej ciągłej, z lewej z prawej itd., itp. to standard i jazda przepisowa w Malezji)
Gdybym to ja prowadził, Andrea wysiadła by już po 5 min a tak z braku jakiejkolwiek komunikacji z naszym RAJDOWCEM w żadnym z 4 języków znanych przez nas, najzwyczajniej w świecie wzięła i poszła SPAĆ.
Ja tymczasem zasnąć nie mogłem i kruszyłem powoli starą tapicerkę trzymając się mocno drzwi na każdym z zakrętów.

Taka to była niedziela, „los” był po naszej stronie, żaden samochód nie wyjechał zza zakrętu o nieodpowiedniej porze i dojechaliśmy do Kota Besut o 19:15.
W pierwszym lepszym (tzn. gorszym) hotelu zatrzymaliśmy się na nocleg (40RM za pokój), kupiliśmy bilety na łódź na 8 rano na dzień następny (70RM open return) i skorzystaliśmy z Internetu (za darmo). Nie mogąc doczekać się poznawania i odpoczynku na naszych wysepkach, poszliśmy spać jak zwykle późno i jak zwykle wymęczeni.

Leave a comment

Filed under Azja-Australia