Shanghai – mega smog w mega mieście

Lot do Szanghaju z KL minął dosyć szybko i przyjemnie (5 godzin)- wygodne siedzenia i smaczne dania (Nasi Lemak Goreng, palce lizać). AA jeszcze raz spisała się wzorowo. Właściwie był to lot do HangZhou ok. 200km na płd-zach od celu naszej podróży.
Kolejne lotnisko po Hong Kongu zaskakujące nie tyle wielkością co pustką w hali przylotów. Wygląda to tak jak by każdy lądujący samolot miał osobny terminal w którym po wylądowaniu znajdowały się jedynie osoby z tego jednego lotu i oczekujący na nich. Bezpośrednim autobusem, który odjeżdża około godzinę po wylądowaniu samolotu AA, dostaniecie się (za 100Y) do Szanghaju w ok. 3 godziny.
Szanghaj już daleko przed centrum (tj. jakieś 30km) zaskoczył nas swoim ogromem. Dość powiedzieć, że autobus wjeżdżając coraz głębiej w miasto porusza się w plątaninie wysokich budynków, autostradą zawieszoną non-stop na wysokości 4-tego piętra oraz kolejnymi pasami przecinającymi nasz ponad naszymi głowami kilka pięter nad nami. Miasto przypomina swą wielkością i rozmachem Nowy York, jedynie styl i wykonanie zupełnie inne. Nie wiem co podają encyklopedie ale z informacji lokalsów dowiadujemy się, że zamieszkuje go ponad 20mln mieszkańców. Widząc te ogromne bloki mieszkalne już daleko od centrum jesteśmy w stanie w to uwierzyć a przez okna bloków widać, że lokalsi nie bardzo dbają o warunki mieszkalne.
Jednak nie tylko ze swego ogromu Szanghaj jest sławny i robi na nas tak duże wrażenie.
Nie wiem czy wiecie ale to właśnie tu powstaje najszybciej rozbudowujące się metro na świecie.
Uwierzycie, że 1-wsza linia metra otwarta została w 1995 roku a w tej chwili tych linii jest 11, 273 stacje ogólnie 434km tras – przy czym wszystkie tak nowoczesne i zadbane, że ze świecą takich w europie szukać. Tak więc jak widać Chińczyk też potrafi i to za przysłowiową „miskę ryżu” – to specjalnie dla malkontentów, twierdzących że chińskie wykonanie to lipa. W takim razie jak nazwiemy warszawskie warunki….?

Szanghaj to najbardziej otwarte na „zachód” miasto Chin. Mnóstwo tu międzynarodowych firm i instytucji, co pociąga za sobą większą różnorodność kulturową i światopoglądową jego mieszkańców. Z pewnością nie jest to miasto reprezentatywne dla Chin raczej miasto konkurent Hong Kongu.
(Właściwie to Chiny mają już kilka takich miast konkurentów)


Główne atrakcje miasta:
– Bund, płn. strona rzeki – turystyczna dzielnica z przewagą staromodnego Art-Deco w architekturze
– Pudong, finansowa dzielnica z Pearl TV Tower

– JIn Mao Tower, wejście od strony hotelu Hayat, gdzie winda zabierze was na poziom 54 hotelowe lobby oraz kolejne windy na 85 piętro i futurystyczny widok 30 pięter w dół.

– Shanghai World Financial Center, najwyższy w tej chwili budynek w mieście (tarasy widokowe na ostatnich piętrach) (może warto chwilę poczekać w budowie jest właśnie jeszcze wyższa Shanghai Tower)

– Shanghai Museum (darmowe wejście)
– Renmin Park, gdzie w każdą niedzielę znajdziecie mnóstwo lokalsów chętnych na pogaduchy, przychodzą tam szkolić swój angielski – lub wręcz stracicie cały dzień nie mogąc się od nich opędzić być może znajdziecie również męża/żonę na alejce z ogłoszeniami matrymonialnymi.

– Nianjing Tunel, (30Y jedynie przejazd na drugą stronę rzeki, opcjonalnie wiele innych atrakcji pod rzeką)
– Yoyuan Garden (30Y wstęp) oraz stare miasto na styl chiński i bazar tuż obok ogrodu, bardzo przyjemne (zwłaszcza wieczorami) choć zatłoczone miejsce.
– Z atrakcji za miastem, na dniową wycieczkę można wybrać się do miasta Suzhou, dostaniecie się tam pociągiem w 40min. Miasto znane głównie z niezliczonej ilości ogrodów w starym chińskim stylu. Tylko uważajcie żeby nie wylądować w łączonej grupie z chińczykami, odradzamy to większy stres niż atrakcja. Można je zwiedzić na własną rękę.
.

Garść faktów:
– Metro, najlepszy środek transportu, bardzo rozbudowane (dystans do 6km -3Y, ponad tą odległość -4Y)
– Taxi, za 15Y zawiezie was wszędzie w dystansie 4km, tylko musicie nalegać na kurs z licznikiem, ceny licznikowe bardzo przystępne.
– Nocleg, znajdziecie od 100Y za pokój dla dwóch. My ze swej strony gorąco polecamy Rock&Wood International Youth Hostel. Super czysty, bardzo nowoczesny, cicha lokalizacja, przyjemna obsługa jeden z lepszych hosteli jakie mieliśmy okazję spotkać na naszej drodze (za jedyne 150Y). W dogodnej lokalizacji, z widokiem na szkołę podstawową z boiskami i ogromną flagą chińską, pod którą dzieciaki od bardzo rana przypominają własne lata dzieciństwa. Tylko o takich warunkach sportowych to ja a i obecna młodzież w kraju mogą pomarzyć.
– Jedzenie bardzo tanie, jeśli już wam się uda znaleźć coś co odpowiada waszym gustom. Nawet na głównej ulicy schodząc z niej trochę w podziemia kolejnych wielkich sklepów znajdziecie dania za 10-20Y. Zestaw ratujący życie (chociaż kto wie czy aby napewno) w MC od 25Y.

Szanghaj to przeogromne i bardzo nowoczesne miasto, w którym stacje kolejowe wyglądem i budową przypominają europejskie lotniska, układ ulic i szybko rosnące wieżowce w amerykańskim stylu tworzą atmosferę międzynarodowego giganta.
Gdyby nie ludzie w większości azjaci, można by zapomnieć się i równie dobrze pomyśleć, że jest się w Chicago czy Los Angeles. Warto zobaczyć Szanghaj wieczorem, różnica między tym miastem a jemu podobnymi jest właśnie wtedy widoczna najlepiej. Oprócz typowych chińskich szyldów i tysięcy podświetlanych neonowych reklam, to błyszczące i świecące na zielono oraz niebiesko całe szpalery drzew i krzewów robią duże wrażenie i odróżniają to miasto od innych. Widok jak na Boże Narodzenie na niektórych ulicach w Europie, tylko tu przez cały rok.
Warto odwiedzić Szanghaj o ile macie ekstra czas. Szukając prawdziwych Chin a mając za sobą już kilka większych azjatyckich miast, można go sobie jednak darować, zwłaszcza że tak jak w tytule, szybki rozwój i rozbudowa miasta niesie za sobą nic innego jak SMOG. Tak więc i o zdjęcia tu bardzo ciężko. ;/

Advertisements

Leave a comment

Filed under Azja-Australia

Melbourne-Sydney-Brisbane w dwa tygodnie … da sie… SPOKOJNIE

Pokusa odwiedzenia Australii była zbyt duża by będąc tak blisko darować sobie ten kierunek podróży.
Tak więc mimo jedynie 17 dni, możliwych na poświęcenie temu kontynentowi (sporo większy od Europy) wylądowaliśmy w Melbourne.
Nocny lot z Singapuru (7h) znowu dał się we znaki – bogata oferta filmowa, oraz darmowe piwo nie pozwoliły zasnąć nawet na sekundę (zazwyczaj śpię po pierwszym jak niemowlę ;>)

Melbourne (Victoria) przywitało nas dużą zmianą klimatu, typowo jesienny angielski poranek. Z temp. 32C i równikowej wilgotności przesiadka na 15C, wietrzny dzień (brak jesiennych ubrań) w połączeniu z nieprzespaną nocą potrafi zniechęcić do wszystkiego.
Staraliśmy się nie poddawać i zwiedzić miasto z marszu, nawet przy niezbyt miłej obsłudze na lotnisku, super długim oczekiwaniu na autobus do miasta (16AUD do centrum w 15min). Nasza cierpliwość i pozytywne nastawienie wyczerpały się dopiero w centrum, gdzie okazało się za co i ile będziemy musieli płacić na tych szerokościach geograficznych. (właściwie w całej Australii)
Bo o ile Polak bez snu i zmarznięty wytrzyma niejedno to głodny Polak zły Polak i bez porządnego jedzenia długo nie podaruje. Zwłaszcza nie po rozpieszczeniu żołądka przez ponad miesiąc w Tajlandii.
Nie to żeby nie było co do ust włożyć ale chcąc znaleźć coś zdatnego do jedzenia (i nie mam tu na myśli pierogów czy polskiego barszczu) ale czegokolwiek przypominającego tzn. wizualnie i zapachowo jedzenie – trzeba się nieźle nachodzić, naszukać a gdy już znajdziecie coś co wydawać by się mogło normalną restauracją, najpewniej stwierdzicie że TYLE to nie jest warte na pewno i wylądujecie znowu w MC/Subway/KFC.
Lepiej nie planować wycieczki do Australii po wschodnio-południowej Azji, gdyż zawód związany z oferowanym jedzeniem jest tak wielki jak i same tutejsze ceny. Dla przykładu: zestaw MC od 8AUD, kanapka w Subway od 6AUD i to jest najtańsze coś co dostaniecie bo z drugiej strony Cesar Salad od 15AUD, woda mineralna w markecie od 1AUD za 0,5l inne wody od 3AUD za 1,5l, jeśli nadal mało to np.: jogurt od 3AUD, bagietka od 3AUD (najlepsza przypominająca europejskie pieczywo w supermarkecie COLES), najtańszy baton MARS od 1,5AUD ale były też sklepy gdzie kosztował 3AUD.
Tak więc po odwiedzinach kilku sklepów i restauracji stało się dla nas jasne dlaczego Australijczycy wyglądają jak wyglądają – gdyż jedzą jak jedzą. Najzwyczajniej w świecie nie ma zbyt dużego wyboru niż nazwijmy to globalne jadłodajnie. Ceny niektórych produktów są wręcz kosmiczne (najtańsza Coca Cola w markecie 4AUD) pashiny, które jeszcze w Singapurze można było kupić za 4GBP a w Tajlandii za 2GBP tu kosztują od 10GBP, grill jednorazowy który w Londynie kosztuje 3GBP na przedmieściach Melbourne w „promocji” hahaahaaa 5, bo normalnie to 7GBP ceny hoteli/hosteli adekwatnie wysokie. (pokój dla dwóch osób w hostelu w centrum Melbourne od 80AUD, jeden z najgorszych pokoi w ciągu naszej wycieczki). Transport miejski bardzo drogi już na przykładzie autobusu z lotniska a także tramwaj (10 przystanków cena ponad 5AUD). Dlatego też turystów jak na lekarstwo. Kończąc jednak temat jedno co mam nadzieję udało mi się przekazać to to, że jest drogo przy jakości czy to jedzenia czy zakwaterowani jednymi z najgorszych na świecie.
MELBOURNE to typowe miasto w stylu amerykańskich miast z downtown (sieć równolegle krzyżujących się ulic w centrum), dużymi wieżowcami tu akurat wzdłuż rzeki. Jest to na szczęście bardzo zielone miasto, z licznymi parkami i skwerami. Jako, że miasta nie są naszym głównym tematem zainteresowań (po Singapurze czy Hong Kongu), Melbourne nie robi żadnego wrażenia. Odkryjcie je sami, my jedynie odpoczęliśmy w nim po locie oraz przygotowaliśmy się do dość długiej podróży, która ciągle przed nami.

Nasza ocena miasta 1/10 – 3*

Jeśli podróż w Australii to oczywiście samochodem a najwygodniej i najefektywniej podróżować w tym kraju campervanem. Zaryzykuje stwierdzenie, że inaczej nie da się zwiedzać tak dużego kontynentu jak z własnym transportem, sypialnią a nawet kuchnią.
Zamierzamy bowiem odkryć kilka bardziej interesujących miejsc a naszym największym wrogiem jest oczywiście czas. Nasz van pozwoli nam go trochę zaoszczędzić.
Tak więc z południa kontynent udajemy się gdzież by indziej jak nie na wybrzeże, którym cała Australia żyje i na płn. w kierunku Wielkiej rafy koralowej. Wybór firm oferujących wypożyczenie różnych busów i vanów jest olbrzymi.

Oto kilka z firm, które co i rusz będziecie mijać a być może i podróżować razem z nimi w ciągu tak długiej wycieczki:
-Jucy Rental
-Travellers Auto-Barn
-TravelWheels
-Kangaroo Campervans
-Wickedcampers.com
-Spaceship.tv
-Keacampers.com

Jedna z większych atrakcji niedaleko Melbourne to z pewnością Great Ocean Road i The Twelve Apostles na zwiedzenie której będziecie potrzebować co najmniej 2 dni.
Dobrym pomysłem (jeśli planujecie pobyt w AU dłużej) jest zakup własnego busa, ogłoszenia znajdziecie w każdym z hosteli, ceny od 1000 do 5000AUD.
Tak więc wyposażeni w busa-sypialnię z kuchnią (lodówka + kuchenka gazowa i kran) możemy ruszać na podbój Australii, kierunek Sydney.
Nie musicie martwić się o zapas gazu w waszej kuchence ani wody w karnistrze, gdyż na prawie każdym punkcie piknikowym jest elektryczny grill, woda pitna, na tych lepszych (zwłaszcza przy plażach) również prysznic, ciepła woda jedynie na 4* płatnych polach kempingowych – tylko po co komu ciepła woda przy temp. ok. 30°C.
Kierując się na wschód odwiedzane i polecane przez nas miejsca to:
– Lake Hume
– Old Tallangatta
– Mount Kościuszko (19AUD za wstęp do parku samochodem uiszczana w przypadku nocowania w granicach parku, najpopularniejsze wejście na górę z miejscowości Thredbo)

– Pabbly Beach (jeśli chcecie zobaczyć kangury na plaży)

– Jarvis Bay
-niezliczona ilość parków narodowych na całym wybrzeżu aż do Sydney





Sydney (New South Weles)

Sydney jest dość podobne do Melbourne z tą różnicą, że jest większe, położone nad cieśniną, ma metro, Harbour Bridge i sławną Opera House, które apropo robią całkiem spore wrażenie.
Tylko jak wyżej po odwiedzeniu Hong Kongu czy Singapuru, Kuala Lumpur miasto to, całościowo nie robi już wrażenia i nie przyciągnie naszej uwagi na długo. Zwłaszcza miasta w amerykańskim stylu, bez historycznej zabudowy czy atrakcji kulturowo – gastronomicznych czy jakichkolwiek niepowtarzalnych dla danego rejonu nie przyciągną już naszej uwagi na dłużej. Sydney jest kolejnym miastem z automatu, wizerunek miasta ratuje jedynie opera oraz most to i tak sporo w porównaniu do standardów europejskich ale już nie azjatyckich. Brak nam tu tego smaczku i różnorodności. Jedyne co udało nam się odkryć w tym mieście to niepowtarzalny, piękny park botaniczny z mnóstwem wielkich nietoperzy (rozpiętość skrzydeł 1,5m) zwanych tu „night fox” – groźnie i głośno zwisającymi z gałęzi drzew oraz przelatującymi (czasami bardzo nisko) w szalonym locie tuż nad głowami. Cały park jest oazą dla dużej liczby wszelkiego rodzaju ptactwa najczęściej bardzo kolorowych papug i innych nieznanych nam z nazwy.

Nasza rada: warto przespacerować się mostem HB, wejście na niego znajduje się w przystani obok promów, duża szklana winda zabierze was na poziom autostrady, gdzie chodnikiem dojdziecie do mostu. Raczej długi spacer ze spektakularnym widokiem z dużej wysokości na całe miasto, zwłaszcza wieczorem robi fajne wrażenie.
Prom na druga stronę zatoki zupełnie nieopłacalny, 5 min i wydane 5AUD – to nawet w połowie nie to samo co prom w HK (a cena tam 5x niższa).
Nasza rada: przejażdżka mostem HB może kosztować was sporo więcej niż byście przypuszczali. Podana cena 3AUD jest niby normalną ceną ale musicie doliczyć ukryte przez super łebski system dodatkowe opłaty. Jako że opłatę można uiścić jedynie telefonicznie lub przez Internet, musicie najpierw wykupić numer ID (3AUD) a następnie na to konto będą spływać wszystkie opłaty drogowe, jak ten most. Dla turysty oznacz to ni mniej ni więcej niż to, że zapłaci 3+3+ opłaty bankowe przy przeliczaniu waluty z zagranicznego banku nas wyniosło w sumie 3+3+1,5+1,5=9AUD ale mostem sobie pojechaliśmy. Nie licząc opłat i straty czasu na telefon to naszym zdaniem typowo „cwany” pomysł na turystów. GRATULUJEMY
Lista dróg objętych opłatą drogową na foto.

Nasza ocena miasta 1/10 – 5*

Wracając do całego stanu NSW, lista miejsc oprócz tych na południu NSW, które warto odwiedzić:
– Blue Mountain (60km od Sydney)
– Manley Beach (bardzo urokliwe miasteczko na płn. Sydney oraz Harbour National Park, z najładniejszym widokiem na całą zatokę)
– Byron Bay (fajne miejsce pełne surferów i backpakersów tylko tak drogie i protekcjonalne, że dla nas jeden dzień w zupełności wystarczy. Nie tylko chyba nam, gdyż nie dziwią już nas zupełnie puste bary ok. 20 wieczorem, większości przyjezdnych najwidoczniej albo nie stać na te ceny albo są po prostu wymęczeni całodniowym surfowaniem i już śpią).




Brisbane (Queensland)

Queensland to nadmorska esencja Australii, piękne plaże, urozmaicony nadmorski krajobraz od przedziwnych gór przez klifowe nabrzeża do super długich plaż i fal idealnych dla serferów a na dodatek Wielka Rafa Koralowa. Sama nazwa stanu pasuje i opisuje idealnie rzeczywistość.
Polecane przez nas miejsca:
– Gold Coast (Surfers Paradise dla początkującyc i Cooluna dla zaawansowanych fanów deski)

– Glass House Mountains National Park (wulkaniczne góry o przedziwnych kształtach)

– Noosa National Park (kurort podobny do Byron Bay równie drogi ale bez udawanego luzu i tysięcy backpacersów, koniecznie wybierzcie się na spacer po parku oraz oddaloną za miastem drugą plażę, dużo surferów i najlepsze fale)

– Sunshine Coast (dla zaawansowanych miłośników deski)

-Rainbow Beach (daleko ale warto, turystów tu jak na lekarstwo a okoliczne wielkie wydmy tuż nad plażą robią ogromne wrażenie, zachód słońca na kolorowych piaskach po prostu rewelacja, wschód nie gorszy – musicie to po prostu zobaczyć. Jest to także punkt z którego dostaniecie się na Fresier Island o ile macie 4WD)

– Fresier Island (Jezioro McKenzie i wrak okrętu na plaży o ile na własną rękę jak najbardziej tak to w zorganizowanej wycieczce wielką ciężarówką z oknami, za 170AUD stanowczo NIE. Główna atrakcja takiej wycieczki jak zapewniają wszelkie reklamy i pani w agencji to wydawać by się mogło wspaniały LUNCH i grillowane mięso, po tym pudle odechciało nam się tej opcji. Chociaż może naprawdę to jedzenie serwują tam wyśmienite, jak ktoś uczestniczył proszę o info? ;>)

Brisbane, stolica stanu Queensland to bardo przyjemne miasto. Coraz wyższe drapacze chmur pną się tuz nad rzeką, tworząc piekną panoramę miasta, widok z parku Wilson Outlook Reserve tuż za mostem Story Bridge naprawdę REWELACYJNY.
Oprócz typowego downtown w mieście znajdziecie kilka stylizowanych na stare budynków: ratusz, kościół, katedra, poczta, itp. wraz z naprawdę dzikim parkiem botanicznym tuż przy rzece i namorzynami z niej wyrastającymi co całościowo dodaje uroku i wprowadza osobisty klimat bardzo zadbanego i urozmaiconego niż inne miasta w okolicy. Po drugiej stronie rzeki, część rozrywkowa miasta, sztuczna plaża a na wysokim klifie tej strony rzeki, oprócz świetnych punktów obserwacyjnych na miasto naturalne ścianki wspinaczkowe dla każdego. Fanom nocnych atrakcji polecamy ulicę Brunswick Street na której znajdziecie wszsytko co potrzebne na sobotni wieczór. Ceny bardziej przystępne niż w Melbourne czy Sydney ale dalej drożej niż w każdym chyba mieście europejskim.
Autobus do Gold Coast Airport, „AAExpress” – 42AUD




Nasza ocena miasta 1/10 – 5*




Być może zwracają uwagę niskie oceny miast ale naprawdę nie jest to spowodowane wyłącznie kosmicznymi cenami. Australijskie miasta nie mają do zaoferowania ani dobrego jedzenia, ani utrwalanych przez media rewelacyjnych imprez. Z wiadomych powodów brak w nich historii, tradycji, standard obsługi i oferowanych usług pozostawia wiele do życzenia. Tam po prostu trzeba być EASY GOING i nie wymagać niczego – nawet płacąc horrendalne pieniądze ;/ – pewnie niektórym to pasuje.
Australia to naturalne środowisko i możliwość jego podziwiania. Choć krajobraz po dłuższym czasie może wydawać się monotonny (różnorodność mniejsza niż na tej samej przestrzeni dajmy na to w Europie) to dbałość o środowisko naturalne i mnóstwo parków narodowych na pewno zaspokoi oczekiwania osób lubiących naturę i widoki pięknych krajobrazów nie zmienionych jeszcze ludzką działalnością. Australijskie światło oraz natężenie kolorów z tym związane jedyne na świecie.
Jedynie 20mln mieszkańców na tak ogromnej przestrzeni czyni choćby tamtejszą bardzo dobrze rozbudowaną infrastrukturę drogową prawie nieużywaną, jedyna na co trzeba uważać na drogach to 40mln populacja kangurów i innych dzikich zwierząt, spotykana tu częściej niż ludzie (z przykrością trzeba dodać spotykana dość często, rozwalcowana na drodze;/).
Nasz campervan pozwolił nam zobaczyć i poczuć jedynie kawałek Australii (bez niego nie wyobrażamy sobie innego sposobu zwiedzania tego kraju). Zapewnił niezliczone widoki wschodów i zachodów słońca w multi milionowych lokalizacjach a także 5* posiłki (przyrządzane samemu) z widokami jakie klienci nawet najlepszych restauracji mogą obejrzeć jedynie na zdjęciach wiszących na ich ścianach.

3 Comments

Filed under Azja-Australia

Singapur – równikowe upały

Wyprawę do tego miasta/państwa odbyliśmy samolotem z Kota Kinabalu (2,5h lot) jak zwykle niezawodnymi liniami AirAsia, z nadzieją na lepszą pogodę i z goła odmienne atrakcje niż na Borneo.
Sinagapur to ekonomiczny przysłowiowy azjatycki tygrys, ale porównując go z innymi państwami regionu bardziej pasuje z pewnością określenie azjatycki Lew. Podobnie jak logo miasta (warszawski odpowiednik syrenki) Merlion, czyli ryba z głową lwa, oddaje w pełni ambicje i stan faktyczny, pozycji ekonomicznej w jakiej znajduj się obecnie to miasto.

Ale po kolei.

Po wylądowaniu na Changi Airport, oprócz równikowych (1°17’ wysokości geograficznej) upałów, witało nas przepiękne błyszczące od marmurów lotnisko (trzy terminale połączone siecią tramwajów na gumowych kołach).
Pociąg do miasta (MTR 2,8SGD + 1SGD depozyt za bilet) odjeżdża z terminala 3, którym do centrum dojedziecie w 30min (koszt Taxi ok. 25SGD).
Już sam widok lotniska ( mówi sporo o miejscu które odwiedzamy), nie jest może ono największe ale wspaniale harmonijne i dobrze rozplanowane a przy tym lśniąco czyste (nie muszę chyba dodawać, że klimatyzowane i tonące wręcz w zieleni), rozbudza apetyty na więcej, jakkolwiek to więcej miało by wyglądać.
Singapur to bardzo czyste i perfekcyjnie rozplanowane miasto. Każde rozwiązania architektoniczne i urbanizacyjne wydają się być zaplanowane nie tylko pod katem przydatności dla mieszkańców ale także estetyczności, innowacyjności i spektakularności. Trzeba przyznać, że wychodzi im to planowanie idealnie. Sami nie jesteśmy fanami miast ale Singapur podoba się nam szczególnie. Z jednej strony niemieckie umiłowanie czystości i planowania każdego detalu z drugiej różnorodność i wpływ wielu kultur na styl miasta tworzy mieszankę której ciężko się oprzeć i nie polubić.
Mimo całorocznych upałów (ponad 30°C) poruszanie się po mieście nie stwarza większych problemów (jak to było np. w Bangkoku), wszędzie można dojść nawet pieszo co ułatwiają liczne zatoczki, fontanny, klimatyzowane przejścia podziemne (stanowiące często istny labirynt oraz miasto kilku piętrowe pod ziemią samo w sobie).
Singapuru nie można porównać do żadnego z miast europejskich, swoją architekturą i rozwiązaniami przestrzennymi przypomina raczej największe miasta ameryki północnej, przy czym jest bardziej przystosowany dla ruchu pieszego i dba o komfort poruszania się w nim (np. wiatraki/lampy przy kładce dla pieszych zasilane bateriami słonecznymi).
Liczne sieci amerykańskich restauracji (zwłaszcza fast food-ów) podkreślają to podobieństwo a konkurencja między nimi podnosi „jakość” oferty. Jeśli chcecie się przekonać co mam na myśli odwiedźcie „WENDYS” odpowiednik MC tylko na innym poziomie z takimi samymi cenami.
Sam Singapur nie oferuje zbyt dużego wyboru pod względem kulinarnym ale perfekcyjnie łączy różne kuchnie i smaki całego świata. Nawet MC, KFC smakują tu lepiej i podawane są oczywiście w o wiele bogatszym standardzie. Przykład: Powitanie w jednym z fast food-ów przez hosta i życzenie miłego dnia na wyjściu po skorzystaniu jedynie z toalety. To spora różnica od tego do czego starają się nas przyzwyczaić choćby w Europie (patrz płatne toalety ;/).

Główne centrum Singapuru to Marina i otaczające je centrum biznesowe ale nie takie tam zwykłe… budynki są spektakularne, wszystko wygląda tu jak na desce kreślarskiej lub makiecie miasta idealnego. Być może ta idealność to również zasługa drakońskich kar za cokolwiek, co jest już raczej jedynie powodem do żartów a nie naprawdę egzekwowanym utrapieniem – z pewnością nie dla turystów, chociaż kto wie? W każdym bądź razie co mam na myśli pisząc „idealne” niech świadczy fakt, że ciężko będzie wam znaleźć gumę na ziemi zamienioną w czarna plamę (w każdym bądź razie kara za gumę ok. 200SGD)
Aha. Ciekawostka, sprzedaż gum w tym kraju jest zabroniona, właśnie ze względów estetycznych;>
I nikt nie marudzi, że narusza to jego wolność do „palenia” ups „żucia” – każdy się cieszy, że żyje w tak pięknym i czystym mieście. Bo tak jak bez papierosa tak bez gumy żyć można. Aha. Palenie też zabronione na dużo większą skale niż w Polsce, o szczegółach znajdziecie na Internecie.
Komunikacja miejska działa oczywiście równie idealnie, poruszanie się w mieście jest bardzo proste, warto zakupić kartę pre-paid i doładować ją np. 10SGD nam wystarczyło to na 3 dni jeżdżenia czy to busem czy metrem.
Oprócz Mariny miasto podzielone jest na okręgi w których dominują poszczególne narodowości i kultury z nimi związane i tak mamy: Chinatown, Arab quarter, India place gdzie w każdym z nich przepadniecie na pół dnia odkrywając lokalne specjały kulinarne i oddajać się zakupom.
Cały Singapur jest jednym wielkim szaleństwem zakupowym, zamożność jego mieszkańców powoduje, że ściągają tam bardzo licznie najdroższe marki świata i prawie każda zakupowa ulica wygląda jak Sloan Street w Londynie.
Kolejną atrakcją Singapuru jest Santosa Island. Jest to najdalej wysunięta na południe część miasta z której bardzo dobrze widać już Indonezję. Dostaniecie się na nią kolejką magnetyczną lub gondolową.
Santosa to jeden wielki park rozrywki z Universal Picture, różnymi parkami tematycznymi, akwarium w których spokojnie spędzicie cały dzień. Warto wykupić dniowy bilet na większość atrakcji, spora oszczędność, no tak tylko wtedy trzeba spędzić tam cały dzień.
Wyspa od płd. otoczona jest plażami, jednak nie zachęcają zbytnio do wylegiwania się na nich mimo, że bardzo czyste to tysiące statków i tankowców wokół niej działają podświadomie zniechęcająco.
W Singapurskim ZOO spotkaliśmy poznaną na Koh Tao parę Kanadyjczyków. Byli w swej podróży poślubnej a ich plan wycieczki pokrywał się z naszym w ok. 70% – więc aż dziwne że dopiero tu spotykamy ich ponownie.
Będąc na ostatnim etapie swojej podróży wybierali się właśnie do Japonii, z wiadomych przyczyn musieli zmienić plany i zamiast na północ udadzą się jedynie do Tokio. Dobrze, że my nie planujemy tamtych rejonów, pokusa odwiedzenia terenów po katastrofie była by u mnie ogromna i konflikt z Andreą gwarantowany. ;/
Podsumowując, Singapur to piękne miasto, które ciężko porównać do jakiegokolwiek innego miasta na ziemi. W Europie jeszcze długo nie będzie tak bogatych rozwiązań technologicznych.

Przez to, że bogate to i droższe, jedynie dzięki kuzynowi (Merci!!! Jeremy) naszej znajomej z Francji mieliśmy możliwość obejrzenia go z lokalnym przewodnikiem oraz relaksu w domowych warunkach z dala od przecenionych hoteli (od 150SGD za dwójkę).
W samym mieście życie droższe nieznacznie niż w całej Azji, jednak rynek mieszkań ograniczony terytorialnie a więc i ceny jak w Europie.
Piękne choć puste parki, przebogate sklepy, kilkupoziomowe plątaniny korytarzy pod ziemią, Marina i basen na dachu (200 metrów nad ziemią) trzech wierz, nie da się zapomnieć nigdy.
Jest to kolejne miasto w którym mogli byśmy zostać na dłużej, tylko słońce 365dni w roku też się pewnie kiedyś znudzi.

Ocena wspólna miasta w skali 1/10: 9*

3 Comments

Filed under Azja-Australia

Borneo

Podróż na tą długo nie odkrytą wyspę południowo wschodniej Azji rozpoczynamy z Kuala Lumpur (Air Asia, odpowiednik europejskiego Easy Jet – jest o wiele tańsza a obsługa jak i samoloty nawet na lepszym poziomie, czyli da się kupić takiego samego NOWEGO, drogiego AIRBUSA, podejrzewam za te same pieniądze co w Europie a oferować mimo wszystko niższe ceny lotów – ktoś zaraz pomyśli „naiwniak” przecież wiadomo bo tam mniej zarabiają – tak wiem, zarabiają średnio tyle co w PL tylko w kraju płacimy ceny zachodnio-europejskie baaa nawet o wiele wyższe).
Tyle nawiasem powiedziawszy 😉 Nie wierzycie wasza sprawa – przekonajcie się sami.


Borneo to dosyć spora wyspa (743,330 km2) podzielona pomiędzy Indonezje na południu i Malezję na północy z malutkim ale za to jednym z najbogatszych państw globu, sułtanatem Brunei.
Ze względu na swą dużą powierzchnie i małą gęstość zaludnienia (16 mln mieszkańców) uznawana jest za jedną z najdzikszych i najlepiej zachowanych ekosystemów na ziemi.
Ogromna liczba gatunków zwierząt a przede wszystkim roślin występuje jedynie tu w swoich naturalnych środowiskach. Dżungla zachowała do tej pory ogromną liczbę gatunków odkrywanych na bieżąco przez kolejnych zapaleńców i miłośników fauny i flory.
Zaczęliśmy swą podróż od płd-wsch strony dystryktu Sabah.


Sandakan to małe, leniwe miasteczko z lotniskiem i portem. Oprócz lokalnych atrakcji w samym mieście nie zagościcie pewnie za długo.
Jego pozytywy to z pewnością:
– Łatwa komunikacyjnie baza wypadowa,
-Najtańsze jedzenie jak do tej pory w Malezji,
Hotel London – ceny od 55RM do 80RM, supermiła obsługa i dobra jakość do ceny, co w Malezji nie zawsze jest tak pewne jak choćby w Tajlandii.
Czemu więc Sandakan?
Atrakcje regionu:
– Sepilok Orangutan Center (wstęp 30RM + 10RM kamera), dostaniecie się tam autobusem nr.14 z centrum miasta 4RM/bilet w jedna stronę, dowiezie Was pod samą bramę ogrodu. Wybierzcie się tam jedynie na pory karmienia (10:00 i 15:00) Centrum jest zamknięte w godzinach 11:30-14:00 Oprócz orangutanów zobaczycie oczywiście też i inne małpy – godzina zwiedzania spokojnie wystarczy.
– Proboscis Monkey Center (60RM+10kamera). Możecie zobaczyć oba centra tego samego dnia wybierając się na karmienie poranne do jednego i popołudniowe do drugiego. Pod bramą Sepilok center zazwyczaj czeka jakaś taksówka, która po wytargowaniu zawiezie was w tą i z powrotem. (maks. 100RM i 4 osoby do podziału ;>) Pamiętajcie, że ostatni bus nr.14 z Sepilok wraca o 16:00.
-Turtle Island, 30 minut łodzią z Sandakan – jedno lub dwu dniowe wycieczki organizowane przez wszystkie biura turystyczne – innej możliwości nie ma w końcu to park narodowy pod ścisłą ochroną.
-Jednak główną atrakcją regionu są wyspy, rafy koralowe i nurkowanie w tamtym rejonie. Mając jednak już Ko Tao za sobą nie planowaliśmy Borneo pod tym kątem, a szkoda. STANOWCZO polecamy, o ile o pogodę tu trudniej niż w Tajlandii to warunki do nurkowania podejrzewam najlepsze na świecie, reklamowane zresztą już nawet przez naszego nauczyciela Jamesa.
Znając już z doświadczenia różnice pomiędzy wodami Malezji a Tajlandii, możemy stanowczo stwierdzić, Borneo to raj dla nurków. Też z tego prostego powodu, że jest tu ogólnie drożej, nurkowania też droższe, więc rzesze turystów nie miały jeszcze sposobności „zadeptać” … hmmm… nie może „zasikać” (nie wiem co tam jeszcze) zniszczyć środowiska naturalnego tych okolic.
Jeśli planujecie zobaczyć wszystkie wyżej wymienione atrakcje będziecie potrzebować przynajmniej 5 dni. Jeśli tylko małpy 1 pełen dzien.
Przeprawa na drugą stronę Borneo do Kota Kinabalu najłatwiej i najefektywniej oczywiście Air Asia, taxi z lotniska do centrum w Sandakan – po wykupieniu kuponu, kosztuje 26RM.
Inna możliwość, autobus z dworca 3km za miastem (30RM, 6 godzin jazdy i duża częstotliwość włącznie z kurami wieczornymi) dowiezie Was do dworca 9km na przedmieściach KK, skąd taksówką (20RM) w 10 min pod wskazany adres w mieście.


Kota Kinabalu – stolica prowincji Sabah.
Jest to bardzo przyjemne miasteczko położone nad wodą i tuż u podnóża gór. Stanowi super bazę wypadową w obu kierunkach, więc nudzić się nie da.
Atrakcje regionu:
– Tunku Abdul Rahman Park, pięć wysp (koszt 17RM/w obie strony łódź na jedną wyspę, 27RM na dwie i tak dalej + 10RM wypożyczenie maski, +10RM płetwy).

-Mt. Kinabalu (najwyższa góra Borno 4,095 m) Pierwsza porażka naszej wyprawy, mimo że zaplanowana w szczegółach z pogodą nie wygrasz. Do zdobycia w dwa dni, będziecie jednak musieli z dużym wyprzedzeniem (przynajmniej 3 miesięcznym), zarezerwować jeden z nielicznych noclegów w połowie góry lub dysponować nieludzką kwotą na wykupienie wejścia w jednym z biur turystycznych. Ogólnie bardzo droga atrakcja no i ta niewiadoma – POGODA, gdy jej brak góra jest po prostu zamknięta i nie ma zmiłuj.

-Hot Springs, wątpliwa atrakcja – raczej dla turystów azjatyckich dla których przesiadywanie w wannie nawet z kilkoma osobami naraz, stanowi jakąś tam formę luksusu (w Azji wanna jest synonimem luksusu tak jak w Polsce prysznic)
-Raflesia Center,coś dla botaników ale także dla aktywnych turystów, bowiem te unikalne „kwiatki” nie rosną ot tak byle gdzie tylko jak najdalej od cywilizacji i musicie się liczyć z dość długim spacerem a bez przewodnika nawet z ich poszukiwaniem, sukces nie zawsze gwarantowany.
Jeśli pogoda Wam nie dopisze (jak miało to miejsce w naszym wypadku) KK oferuje również:
-2 kina
-Centrum sportowe w parku z (golfem, ścianką wspinaczkową pod dachem, basenem)
-Kilka centrów handlowych,
-Targi: rybny, nocny, lokalny.


Miasto wydaje się być jedną wielką sypialnią (prawie każdy budynek w centrum to hotel ). My jednak zdumieni byliśmy brakiem turystów (być może wszyscy oprócz nas znali dokładnie tygodniową prognozę pogody i zrezygnowali z tego kierunku, lub ten okres nie jest najlepszy na odwiedzanie Borneo). Z drugiej strony brak turystów wydaje się jednak usprawiedliwiony, ceny hoteli a także ceny organizowanych wycieczek są tu najwyższe jak do tej pory w trakcie naszej wyprawy. Najczęściej też nie ma sposobności zorganizowania wszystkiego na własną rękę.
Standard zaś o wiele gorszy niż w Tajlandii czy na części kontynentalnej Malezji.
Ze swojej strony możemy polecić hotel TOURIST CENTER (73RM) za pokój w przyzwoitym standardzie i działającym WiFi, nawet na najwyższym piętrze.
KK to także wyśmienite owoce morza, serwowane głównie w chińskich centrach seafood. Tylko tu za 8RM czy też niewiele więcej zjecie świeże kraby czy krewetki dopiero co wybrane osobiście ze zbiornika i przyrządzone w 10min. Oczywiście chwyt polega na tym, że najprawdopodobniej przepłacicie za ryż czy też drinki ale i tak warto spróbować, w końcu gdzie indziej znajdziecie taki wybór ryb i owoców morza pierwszej świeżości. 😉

Garść faktów:
– wynajęcie samochodu od 90RM za dobę (KK Leisure Rent a Car) nie potrzebne żadne karty kredytowe, wszystko płatne gotówką + 200RM depozyt. Stanem paliwa w baku też się nie przejmujcie (firma się nie przejmuje). Na wyprawę w góry wystarczył nam silnik 1,3l – jednak tylko z ręczną skrzynią biegów, automat może nie dać rady.
-Hotele od 60RM za pokój dwuosobowy. Porządny standard od 75RM
-Woda od 1RM, piwo w sklepie od 15RM w barze od 20RM/pint
-Wyżywienie taniej niż w Polsce, posiłek od 5RM za talerz.
-Kawa/herbata/super świeży sok – 1,5RM/1,5RM/4RM ceny w restauracji.

Malezyjska część Borneo przypadnie do gustu aktywnym osobą, lubiącym górskie wędrówki oraz osobą chcącym spędzić czas na okolicznych wyspach nurkując wśród morskich stworzeń. Ceny jednak, zwłaszcza hoteli i wycieczek organizowanych przez biura odstraszają skutecznie i jeśli nie byliście jeszcze w Tajlandii lub nie jesteście doświadczonymi nurkami szukającymi innych lokalizacji, wybierzcie o wiele lepiej zorganizowaną i z lepszą jakością do ceny ofertę północnego sąsiada.
Szczególnie, że na Borneo o dobrą pogodę równie ciężko jak o hotel w dobrym standardzie i przystępnej cenie. W końcu cała wyspa to jedna wielka podrównikowa dżungla i musi sporo wody „wypić” tak więc deszcz i upał gwarantowany w połączeniu z dużą wilgotnością powietrza.



Podsumowanie Malezji.

Jako, że z Borneo udajemy się prosto do Singapuru i dalej na południe kilka spraw wartych dopowiedzenia i podsumowania oprócz wszystkiego co opisaliśmy do tej pory a co zostało być może zapomniane, pominięte.
Malezja dla nas, to między innymi:
-Najłatwiejszy przelicznik walutowy 1RM=1PLN, o tym należy pamiętać zapoznając się z cenami.
-Duże ułatwienie w poruszaniu i porozumiewaniu się za sprawą wszędzie stosowanego alfabetu łacińskiego, jednak poziom znajomości języka angielskiego trochę gorszy niż w Tajlandii.
-Głowna religia to Islam i co się z tym wiąże dla turysty to: drogi alkohol oraz konieczność odpowiedniego zachowania oraz ubioru w wyznaczonych miejscach. Ciekawostka, głównie na wschodzie Borneo duże skupisko ludzi wyznania chrześcijańskiego.
-Paliwo tanie jak woda 1,8RM za litr (pamiętajcie o przeliczniku?)
-Bilard wydawać by się mogło, że to sport narodowy Malajów (przynajmniej na Borneo)
-Pogoda, często pada i jest to deszcz najczęściej oczekiwany – gdyż jest po prostu za gorąco, najczęściej w połączeniu z burzą.
-tradycyjne danie: Nasi Lemak, ryż z dodatkiem ostrego sosu z połówką jajka na twardo, orzeszkami i suchymi sardynkami. Czasami podawany zawinięty w liściu bananowca. Ogólnie bardzo urozmaicone jedzenie i dosyć smaczne. Jednak to nie to co w Tajlandii
-Jadłodajnie typu KFC/MC najgorsza na świecie (nie zjadliwa) jakość za śmieszne pieniądze – zestaw ok.6RM
– Zaskakujące podobieństwo w nazewnictwie do języka polskiego np. samochód = kareta, szkoła = schola.

1 Comment

Filed under Azja-Australia

Siem Reap – Angkor Wat

5:00am

Wyprawę do Kambodży okupiliśmy już na początku pozostawionym na bramce skanera śpiworem i poduszką Andrei, co zauważyliśmy dopiero podczas wchodzenia do samolotu. Jak zwykle niedospane noce i bardzo wczesna pora dają się we znaki.
Licząc na ich odzyskanie za 5 dni w drodze powrotnej do Malezji, wsiadamy i łapiemy jeszcze kilka minut snu zanim na dobre dobudzimy się już w zupełnie innym kraju.
Kolejne koszty to wiza na lotnisku w Siem Reap 20$, na wyrobienie której potrzebowaliśmy jednego zdjęcia i 10 min w kolejce (bez foto też da radę). Tak więc dobrze zrobiliśmy darując sobie aplikowanie o nią przez Internet i płacenie 25$.
Ostatni ukryty koszt, pojawia się na sam koniec wizyty po procesie rejestracji bagażu na lotnisku zostaniecie poproszeni o „service charge” cokolwiek to znaczy, kosztuje 25$. Opłata ta psuje bardzo dobre wrażenie z pobytu w Siem Reap i naszym zdaniem: powinna być pobierana po prostu wraz z opłatą wizową. Więc lepiej być na nią przygotowanym, nas musze przyznać (co nie zdarza mi się często) zupełnie zaskoczyła nawet nie sama w sobie co jej wysokość. W przypadku wizy 20$ widać, że ogonek ludzi podbijających pieczątki musi na czymś zarabiać w tym wypadku po prostu jedna osoba w mało rzucającym się w oczy okienku po prostu pobiera haracz.

Tyle słowem wstępu do tematu i samej Kambodży.

Czym jest Angkor Wat podróżnikom wyjaśniać nie trzeba. Masa pobudzających wyobraźnię książek i publikacji ukazujących się od XIX w. (również po polsku i w polskim wydaniu) ukształtowała dziesiątki jeśli nie tysiące wyobrażeń i pragnień przeżycia niezapomnianej przygody, połączonej z chęcią odkrywania, nieznanych lub zapomnianych miejsc na ziemi.
Tak jak jedna Pani w filmie Tom Rider, kręcony między innymi tu.
Tymczasem w XXI w. fala najzwyklejszych weekendowych (głównie azjatyckich) turystów zalewa Siem Reap, bardzo skutecznie psując urok tego miejsca, podpowiemy jednak kiedy i gdzie odnaleźć go najłatwiej.

Jaki zalew turystów mam na myśli, niech najlepszym przykładem będzie polecany przez przewodniki wschód słońca nad głównym kompleksem świątyń. Wychodząc z hotelu ok. 5:00 rano zastanawiałem się czy aby nie przesadzamy z tym niedosypianiem, komu by się chciało o takiej porze wstawać i gnać ok. 8 km za miasto. Jednak po przybyciu na miejsce, sami nie mogliśmy się nadziwić ilu turystów potrafiło wstać równie wcześnie by obserwować to zjawisko przed 6:00. Nawet wtedy gdy żadnego spektakularnego wschodu słońca nie było gdyż było pochmurno. My wybraliśmy się tam z oczywistych fotograficznych pobudek ale tylko dlatego, że był to nasz już ostatni 3 dzień zwiedzania i nawet nie licząc na wiele mieliśmy nadzieję pobyć tam troszkę sami lub przynajmniej bez codziennego zgiełku. Tymczasem morze pędzących i mijających nas busów, autobusów i tuk-tuków już w drodze do kompleksu dało nam do myślenia a zastany widok na miejscu rozbawił nas i sprowokował do zmiany fotograficznego tematu na tychże turystów.

Tak więc nie słuchajcie przewodników lub wujków dobra rada coś takiego jak wspaniały wchód słońca nad główną świątynia Angkor Wat już nie istnieje. Spróbujcie może bardziej odległych i mniejszych świątyń –przepraszam za porównanie ale nawet szczere pole z horyzontem będzie milszym miejscem do oglądania wschodu słońca.

Główne świątynie kompleksu:
– Angkor Wat,









– Bajon,









– Preah Khan,













– Ta-Prohm,










– Baphuon,
– Phnom Bakheng,

Zachód słońca równie tłoczny, „podobno” najlepiej obserwować z położonej na wzniesieniu, górującej nad dżunglą Phnom Bakheng.
Cały kompleks świątyń robi ogromne wrażenie gdy uświadomimy sobie, że są to tylko pozostałości po wielkim mieście go otaczającym.
Wybudowanym bagatela w czasach gdy europejczycy biegali po lasach z toporami i dzidami stawiając osady lub co najwyżej grody na drewnianych palach.
Świątynie są tak ogromne, monumentalne i bogato zdobione, że nawet po tylu latach rabunków i zaniedbania, można zauważyć ich bogactwo. Porastająca i niszcząca je powoli dżungla niby swymi dłońmi (konarami i korzeniami) pochłaniała przez stulecia to niespotykane osiągnięcie ludzkości, dodając świątyniom w tej chwili majestatu.

Garść faktów:
– Zwiedzanie świątyń (1 dzień – 20$, 3 dni – 40$)
-Wypożyczenie roweru na dzień (najlepsza forma zwiedzania świątyń dla aktywnych osób) od 1,5$ do 3$,
-Tuk-Tuk na wschód słońca i kilka świątyń dookoła Bajon, 11$ – od 5:30 do 14:00
-Tuk-Tuk nad jezioro Tonle Sap, 5$
-Tuk-Tuk na lotnisko, 5$

– Wyżywienie
Bardzo urozmaicone i w bardzo przystępnej cenie. Najlepsze lokalne restauracje znajdują się w okolicy głównego targu miasta. Tamtejsze ceny od 1,5$ za zupę z mięsem i kluskami ryżowymi, przez 2-3$ za ryż z czymś do 5$ za rybę z grilla i frytki/ryż. W całym Siem Reap posiłki od kuchni chińskiej przez Tajską, Malezyjską do Khmerskiej. Miejcie na uwadze, że prawie wszędzie posiłek za 3$ najczęściej jest tak duży, że ciężko będzie zmieścić cokolwiek więcej.
Piwo w barze z kija od najtańszego (i smacznego) ANCHOR 0,5$ + popcorn do drinków od 1$ (ze śladową ilością alkoholu) do 2,5$ sprawiają, że miasto naprawdę ożywa dopiero wieczorami.
– Baza noclegowa bardzo dobrze rozbudowana i w dobrym standardzie. Pokoje dwuosobowe z TV, WiFi i klimatyzacją od 7$/pokój.
– Zakupy, najtańsze jak dotąd, jednak jakość i wybór oferowanych produktów nie należy do najlepszych (dyplomatycznie mówiąc). Jeśli nastawiacie się na tańsze ubrania znanych firm to najlepszym wyborem jest Wietnam, Tajlandia, Malezja… w tej kolejności. Zegarki, portfele i wyroby skórzane na pewno Kuala Lumpur (największy wybór ale ceny nieco wyższe niż w Tajlandii). Kambodża to dobre miejsce na zakup książek, przewodników i chust (pashin)
– Masaż od 5$ za godzinę (full body)
Dziwi być może moje operowanie dolarowymi cenami a to z tego względu, że to właśnie waluta którą będziecie się prawie wyłącznie posługiwać w Siem Reap. Przelicznik powszechnie stosowany na miejscu to 1$=4000KHR. Nawet ceny w supermarketach podane są w dolarach, tak więc zaopatrzcie się w nie zawczasu.

Podsmowując, Siem Reap jest typowym postkolonialnym leniwym miasteczkiem z ciągle widocznym francuskim smaczkiem, czy to odzwierciedlającym się w serwowanych posiłkach (dużo pieczywa) czy też architekturze. Główna atrakcja zaś świątynie, to już zupełnie coś innego nie spotykanego praktycznie na taką skale nigdzie na świecie a także miejsce jakże klimatyczne i różne od całej Azji.
Oprócz świątyń i ich uroków – bieda i ubóstwo okolicznych mieszkańców na pewno da się zauważyć w Siem Reap najbardziej. Co się z tym wiąże, trzeba być gotowym na mnóstwo uroczych roześmianych dzieci starających się sprzedać turystą cokolwiek i nie jest łatwo im odmówić, mimo swej biedy i niełatwego losu już od wczesnego dzieciństwa – potrafią być ciągle tak zabawne i zadziorne (recytując np. liczby w jakimkolwiek języku świata, wymieniając stolice krajów europejskich, itp.) grzecznie prosząc o zakup kolejnych kartek pocztowych czy innych pamiątek, serce samo ściska się do rozmiarów ziarnka kukurydzy i boli. Bo wybór jest ciężki: dasz jednemu zaraz zjawi się na jego miejsce kolejnych 10-cioro, jak z gołębiami rzucisz jedno ziarnko możesz się nie opędzić od reszty.
Wszystkim nie będziecie w stanie pomóc a z ich natręctwem skutecznie radzi sobie kamera i próby ich fotografowania – wtedy tracą zapał i odchodzą czym prędzej.
Kolejnym punktem programu, naszym zdaniem obowiązkowym ale nie koniecznie stricte atrakcyjnym turystycznie są odwiedziny w jednym z dziesiątków sierocińców jakie ulokowane są na obrzeżach miasta. Po niezliczonych konfliktach jakie przeszły przez ten kraj od drugiej wojny światowej, bezdusznych rządach komunistów i czerwonych Khmerów Pol Pota do 1997roku – w kraju, który do tej pory uważa się jako najbardziej zaminowany obszar kuli ziemskiej, gdzie co miesiąc ginie od min statystycznie najwięcej mieszkańców, jest mnóstwo osieroconych lub porzuconych dzieci.
Możesz pomóc im i Ty – koniecznie odwiedź jedno z takich miejsc. Warto mieć ze sobą jakiekolwiek nawet mało wartościowe- a Wam być może niepotrzebne przedmioty, dla tych dzieciaków będą to najprawdopodobniej najfajniejsze zabawki, czy też słodycze jakiekolwiek dostali.
Nie musicie oczywiście im niczego dawać, wystarczy Twoja obecność i zabawa z nimi, lub wspomożenie organizacji jakąkolwiek sumą, która zapewni tym prześmiesznym dzieciakom namiastkę normalności.
Oto jedna z takich „instytucji” OCODO(raczej prywatny biedny dom, ledwo pokryty dachem) odwiedzony przez nas osobiście.
Dołącz do grona wspomagaczy, pomóż dzieciom i Ty.
Inną formą pomocy ludziom z różnych zakątków świata jest organizacja KIVA
– sprawdzona osobiście – działa na zasadzie bezprocentowej pożyczki dla najbardziej potrzebujących. Pomysł z drugiej strony świata za który między innymi jej pomysłodawca i organizator pierwszych takich projektów (Grameen Bank’s- Muhammad Yunus) dostał nagrodę Nobla. Na pewno macie dajmy na to 25$ na koncie czy w szufladzie – będziecie je mieć z powrotem za pół roku, czy rok – a ktoś inny będzie dzięki temu mógł rozwinąć swój sklep czy wydzierżawić pole i wyżywić dzięki temu całą rodzinę.

Leave a comment

Filed under Azja-Australia

Kuala Lumpur

Malezyjska stolica już z samolotu wydaje się zielonym oceanem drzew palmowych.
Nie inaczej jest w centrum miasta budynki i całe dzielnice toną w zieleni. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, szybko rozwijające się miasto wydarło jakąś przestrzeń dżungli ale klimat jak i ogromna dbałość o środowisko naturalne sprawiają, że dżungla jak by łapie drugi oddech i zaczyna pochłaniać miasto, odzyskując co swoje.
Koniec, końców efekt jest wspaniały: ogromne, monumentalne budynki (z nutą islamskiego stylu architektury) otoczone piękna, soczystą zielenią oraz tysiącem fontann i kaskad wodnych, robią wrażenie i sprawiają że życie wielkomiejskie jest bardziej przyjazne dla człowieka.
Kuala Lumpur to bardzo szybko rozbudowujące się miasto, tempo jest tak wielkie, że jego mieszkańcy nie mają chyba zbytnio czasu na cieszenie się choćby tą zielenią w parkach. To tu w pięknym i ogromnym parku „Taman Tasik Perdana” nie spotkaliśmy w środku dnia nikogo oprócz kilkunastu pracowników porządkujących i dbających o zieleń.

W kolejnym parku „Bukit Nanas Forest Reserve” (tuż pod KL Tower) już tak bardzo nie dziwiła znikoma obecność ludzka, gdyż przy samym wejściu widoczne były tablice informujące o przynajmniej pięciu zagrożeniach, czy to ze strony fauny czy też flory występujących na jego terenie.
Najokazalszy jednak park znajduje się nie gdzie indziej jak tuż obok dumy całego miasta czyli Petronas Twin Towers, choć służby porządkowe tam dają się wyjątkowo we znaki (szczególnie takim zapaleńcom i poszukiwaczom innego punktu widzenia jak Ja) – mimo wszystko trzeba zaznaczyć park jest wręcz sterylnie idealny.
Przy okazji parku nie można zapomnieć o samych wieżach, wycieczka na poziom pomostu łączącego oba drapacze kosztuje 10RM, ilość wejść na dzień limitowana (jest opcja zakupu biletu na dzień kolejny). Naszym zdaniem: nie ma sensu stać w kolejce od wczesnego rana (jak radzą w przewodnikach). My będąc tam od ok. 7:30 zastaliśmy już i tak ogromną kolejkę a do godz. 9:00 nic się praktycznie nie zmieniło (czy to z przodu czy z tyłu). Ogólnie bardzo źle zorganizowane miejsce. Ok. godz. 10 przestano wpuszczać do kolejki nowe osoby (tłumacząc to wyczerpaniem limitu na dzień) ale ok. 12 gdy już kolejka prawie się kończyła (po uprzedniej rezygnacji kilkunastu osób) nowe osoby dołączały do kolejki wykupując czy to ostatnie bilety na dziś czy też bilety na dzień kolejny. Bądź tu mądry jak to wszystko działa. Bądźcie gotowi na stratę przynajmniej 3-4h w tejże kolejce oraz powrót w to samo miejsce późnym popołudniem na godzinę wskazaną na bilecie.
Bilet na ostatnie piętra widokowe ok. 40RM (tych biletów nigdy nie brakuje)
Sam pobyt na pomoście łączącym obie wierze oczywiście jak najbardziej wart zobaczenia ale z wiedzą i czasem spędzonym w kolejce w porównaniu do czasu spędzonego na pomoście (7 min z zegarkiem w ręku) był komicznym żartem ze strony organizatorów.
Może lepiej wybrać się na wyższa wieżę Menara KL, bez kolejki i z widokiem na Petronas Towers.

Garść faktów:
– Baza noclegowa, głównie w rejonie Chinatown i Pateling Rd. Porządny pokój dwójka od 100RM z TV, Klimą i WiFi. Polecamy „Chinatown Boutique” Hotel.
– Transport bardzo dobry, (sieć pociągów naziemnych oraz jedna linia kolejki magnetycznej najlepszym rozwiązaniem na poruszanie się po mieście) ceny przejazdów zależne od pokonywanych odległości (3-4 przystanki, ok. 1,4 RM). Autobusy z obsługującym je kierowcą oraz osobą odpowiedzialną za sprzedaż biletów 1RM, najtańszy środek transportu ale o wiele wolniejszy i mniej komfortowy z uwagi na panujące upały. Taxi do głównej stacji KL Sentral 15RM skąd pociągiem (32RM) lub autobusem (8RM) dostaniecie się w ok. 50min na lotnisko (taxi bezpośrednio na lotnisko 80RM). Autobusy znajdziecie na tyłach stacji kolejowej, odjeżdżają od bardzo wczesnych godzin ok. 3:00am do bardzo późna.
– Wyżywienie w mieście bardzo dobre i urozmaicone. Znajdziecie tu podobne stragany jak w Tajlandii (choć nie tak bogate i nie tak smaczne ;>) ale także normalne restauracje serwujące od zach., przez hinduską, tajską, chińską kuchnię po malezyjskie specjały. Polecane miejsce to klimatyzowane wnętrze Central Market, gdzie na drugim piętrze kilka restauracyjek serwuje spory wybór potraw, ceny od 5,5RM za talerz do 10 RM. Dla smakoszy: jeśli uda Wam się odnajdźcie na pierwszym piętrze cafeterię mniej więcej na środku marketu po lewej stronie od wejścia głównego i spróbujcie sernika cappuccino (razem z kawą koszt ok. 6,5RM) – przepraszam z góry mamę ale to najlepszy sernik na świecie, NIEBO W GĘBIE.
– Zakupy: tu oczywiście prym wiedzie Petelind Rd. (fot. po prawej) z tutejszymi „szczękami” kto by pomyślał, że tutejszy stadion Warszawski może być drugą po Petronas Towers atrakcją miasta przyciągającą setki tysięcy turystów. No cóż ktoś pomyślał, dlatego takie rzeczy to nie w Polsce. Znajdziecie tu hmmm….. „wszystko”. Drugim miejscem na zakupy jest Central Market (fot. po lewej), gdzie znajdziecie znowu…. ”wszystko” – tyle, że nie w formie podróbek światowych marek a raczej w formie pamiątek i artystycznych cepelii. Uliczki C.M. to najzwyczajniej połączenie Krupówek, Sukiennic, Sopockiego deptaka i Warszawskiej hali KDT (nie istniejącej już, apropo).














Oba te miejsca zabiorą was w małą podróż w czasie, dokładnie w początek lat 90 w PL, ogromny wybór produktów (raczej z rzadka tandetnych) za to po cenach jakie obowiązywały właśnie 20 lat temu, i przy ogromnej, bogatej ofercie lokalnego jedzenia serwowanego przez przedsiębiorczych mieszkańców (nie zawsze w sterylnych warunkach) za to naprawdę smacznego. Nie trzeba dodawać, że oba markety położone są w samym centrum miasta (jak zawsze w Azji, choć nie tylko Azji), można by powiedzieć w idealnych miejscach na wybudowanie, nie wiem „jakiegoś” muzeum. (PS. Kolejkę naziemną potrafili wybudować tuż między ścianą C.M. a rzeką bez zamykania lub likwidacji marketu)

Całe Kuala Lumpur (w jakimś sensie) przypomina mi bardzo ścieżkę rozwoju Warszawy, tylko nasz niespodziewany boom z lat 90-tych został (i nadal jest) przystopowany odpowiednimi podatkami, regulacjami, koncesjami i zakazami. Stąd w Polsce coraz więcej zagranicznych sieci handlowych i jadłodajni (o podejrzanej jakości ale super sterylnych) a ceny zamiast zachęcać odstraszają mieszkańców oraz turystów, nawet już tych ostatnich stricte „alkoholowych”.
Dlatego MY zakochaliśmy się w tym mieście, mimo tak wielkiej różnicy kulturowo obyczajowej, jest to definitywnie jedno z nielicznych miast w których chcieli byśmy może nie mieszkać ale zostać na dłużej na pewno, by cieszyć się choćby jego smakami, wolnością, klimatem i super przystępnymi cenami – nawet jak na polską kieszeń.

Nasza ocena miasta 9*

Leave a comment

Filed under Azja-Australia

Melaka – UNESCO World Heritage Site

Byliśmy, zobaczyliśmy i niepolecamy.
Pierwszego dnia zobaczyliśmy… prawie nic padało
Drugiego dnia zobaczyliśmy większość atrakcji:
-Town Square
-Clock Tower
-Christ Church
-Porta de Santiago
-Chinatown

i poszliśmy do Kina na film (10RM)

Jeśli pada i chcecie iść do kina nie koniecznie musicie odwiedzać Melakę.
Dość droga baza noclegowa (od 50RM za pokój dwuosobowy) z najgorszą jakością do ceny spotkaną w trakcie wyprawy, spowodowane z pewnością starą („historyczną”) zabudową miasta. Na dodatek weekend i mnóstwo turystów limitowany wybór hoteli.
Znośne lokum od 80RM w górę – w porównaniu do 80-90RM płaconych za luksus w raju na Perhentian Islands wydaje się wręcz zdzierstwem.
Naszym zdaniem: jakość do ceny żadna, atrakcje miasta poniżej przeciętnej, bród i smród ponad standardowy. Miejsce bardzo nieprzygotowane na taki napływ turystów (zwłaszcza weekendowych) na dłużej nie ma co tam gościć na pewno.
Jeśli już tam zawitacie a klimat miasta nie przypadnie Wam do gustu, ucieczką może okazać się centrum handlowe, 10 min na pieszo od głównej atrakcji miasta, tak duże że zgubicie się tam na długie godziny i wykorzystacie czas na zakupy, np. pamiątek.
Polecamy restauracje Calanthe Art Cafe duży wybór kaw i tego co da się z niej zrobić, warto spróbować. Najlepsze banana frape jakie piłem.
Więcej nie znajdę pozytywów a nad negatywami nie chcę się dłużej rozwodzić, uwierzcie na słowo, zaufajcie naszym osądom i znajdźcie sobie inny cel podróży.
Melaka jak dla nas dostała na wyrost miano UNESCO Site lub być może krótki czas dzierżenia tego tytułu nie pozwolił jeszcze przygotować się odpowiednio na turystów.

Leave a comment

Filed under Azja-Australia