Xian – Dawna stolica Chin

Z dworca zachodniego w Pekinie (architektoniczne połączenie ogromnej szklano metalowej konstrukcji przypominającej terminal lotniczy z wieńczącą go murowaną wieżą w starm chińskim stylu) pociągiem nocnym (soft sleeper) udajemy się do dawnej stolicy Chin, Xian (centralne część kraju)
Po 12 godzinnej podróży w mniej komfortowych warunkach niż w pociągu z Szanghaju (telewizory były ale tym razem nie działały) za to ze współpasażerem chrapiącym jak …. (sami sobie dopowiedzcie ;/) dojechaliśmy do celu, niewyspani i zmęczeni. Gdyby nie nasz współpasażer komfort podróży byłby bardziej niż zadowalający. Przypomina się stary polski kawał o obwodzie koła: 2πr, gdzie r-średnica koła a π – jak wiadomo wynosi 3,14 z „hakiem” który to z kolei wlecze się za każdym polskim pociągiem i ….. o tory. W Chinach najwidoczniej promień koła mierzy się inaczej lub przyjmują wartość π bardzo dokładne bez dużych „haków” Pragniemy donieść: „nic tam nie huczy nie stuka ani nie uderza” – jedyny hałas zza okna to ten od prędkości pociągu jak by podróż przez większą część odbywała się w tunelu.

Wracając do tematu, czyli Xian.
Jest to kolejne jakich dziesiątki, ogromne (oficjalnie 4mln) miasto, z za dużą infrastrukturą jak na obecne potrzeby mieszkańców, gdzie teraźniejsza nowoczesność łączy się gorzej lub lepiej ze starym budownictwem i klimatem dawnej stolicy państwa środka.
Centrum miasta położone jest pomiędzy dość dobrze zachowanymi i odrestaurowanymi starymi (bardzo wysokimi) murami miasta (w kształcie prostokątu).
Wysiadając na głównej stacji kolejowej (north station) to właśnie jedna z bram i mury są pierwszym widokiem na miasto, co ułatwia orientację w mieście.
Autobus linii 603 (po drugiej stronie muru) zabierze was przez całe miasto na przeciwległą południową bramę, gdzie znajduje się większość hosteli.
Do tej pory Xian znane mi było jedynie z 2 powodów:
– Terrakota Army, opisywać nie trzeba (wstęp 110Y)
– oraz z olimpiady geograficznej w szkole podstawowej i pytania o „dawną stolicę Chin” 😉
Nasze 3 dni w mieście nie pozwoliły na zbyt wiele, zwłaszcza po mało przespanej nocy w pociągu (dzięki naszemu „śpiochowi”).
Jednak pozwoliły nam odkryć:
– Arabic Quarter (część arabska miasta) bardzo miła atmosfera, uliczne stragany i markety, gdzie po pekińskim bólu głowy i ciągłych okrzykach sprzedawców wręcz fizycznej molestacji, wydały nam się łąką rozkoszy i spokoju. Spróbujcie znaleźć roujiamo – bułka typu pita wypełniona wołowiną z zieloną papryką i przyprawami, palce lizać (koszt 5Y)

– Big Goose Pagoda, zwłaszcza nocny pokaz świateł i fontann (25Y)
– Stare, ogromne budynki miasta oraz mury obronne.
– Największą jak dla nas atrakcją poza miastem jest HuaShan

Położone ok. 100km na zachód góry oraz jedna z 5 świętych gór dla chińczyków HuaShan robi ogromne wrażenie. Dla przybliżenia formy atrakcji oraz wymaganej aktywności sportowo rekreacyjnej w związku z jej zdobywaniem, proponuję zapoznać się z tematem „soldiers path HuaShan”. Oczywiście góra nie tylko dla żołnierzy, można ją zdobyć na 3 sposoby:
1. Ową ścieżką, wisząc często pare setek metrów nad przepaścią (2 godzinny spacer)
2. „Zwykły” spacer z miasteczka o tej samej nazwie. Wstęp do parku (100Y), chyba, że wybierzecie nocne zdobywanie tak jak to robi 90% chińczyków wtedy wstęp darmowy, tylko wymarsz ok. 23:00
Dlaczego pisze „zwykły” spacer (5 dni po, ciągle go odczuwam na kościach) 8km do szczytu pokonywać będziecie w 70% trasy, bardziej i mniej stromymi i niebezpiecznymi schodami.
Ogrom pracy włożonej w ich wykonanie, zabezpieczenia łańcuchowe i inne nie robi już takiego wrażenia na myśl o Wielkim Murze ale ciągle zastanawia oraz potwierdza chińską siermiężną pracowitość.
Tak więc wycieczka na szczyt najpierw płn. (3godziny) i pierwszy możliwy nocleg (od 95Y za łóżko w pokoju), kolejny przystanek West Peak (1,5 godziny) oraz nocleg (po wytargowaniu 80Y za łóżko).
Podziwiany zachód słońca na tej stronie góry coś wspaniałego i jakże miłe uczucie spokoju– wreszcie brak przewodników=„szczekaczek” i morza turystów, by kontynuować „spacer” kolejnego dnia od bardzo wczesnych godzin i po 20 minutowym marszu podziwiać wschód ze najwyższego południowego szczytu 2160m.
Darowaliśmy sobie East Peak, zwyczajnie mieliśmy dosyć gwaru i okrzyków niosących się już z oddali z tysięcy na wpół zaspanych chińskich gardeł z tamtego kierunku. O ile popołudniowe zdobywanie góry wiąże się jak wszędzie w górach z normalną ilością turystów tak poranny natłok tych którzy rozpoczęli wspinaczkę wieczorem jak i tych którzy chcąc być pierwsi (buhahaahah) na górze wzięli poranną kolejkę linową, można jedynie porównać do raz widzianej (na szczęście tylko na zdjęciu) letniej kolejki na Kasprowy Wierch.
Wąskie przejścia i wszędobylskie schody sprawiają, że poruszanie się w godzinach 7-9 rano jest bardzo utrudnione. Jeśli planujecie oglądać wschód słońca lub zachód, nocleg na górze mimo że kosztowny jest naszym zdaniem jedynym sensownym rozwiązaniem.
Zejście do miasteczka od godziny 7:00 do 10:30 chociaż zaplanujcie sobie przynajmniej 2 godziny ekstra, być może na dłuższe przystanki z rozciąganiem, co nam jest potrzebne do tej pory.
3. Najmniej wymagająca forma zdobywania góry: kolejką linową na szczyt północny (60/110Y bilet powrotny)

Garść faktów:

– Nocleg, w Xian znajdziecie o wiele lepszy standard zakwaterowania niż w Pekinie, od 160Y za pokój dwuosobowy z TV/klimatyzacją/WiFi
– Wyżywienie, patrz Pekin
– Komunikacja, autobusy miejskie 1Y za przejazd, metro ciągle w budowie
Autobus do HuaShan odjeżdża spod budynku poczty po prawej stronie dworca kolejowego (60Y bilet powrotny ważny 3 dni) Wysiadacie w miasteczku na ostatnim przystanku skąd odjeżdża także autobus powrotny.
– Noclegi na górze HuaShan, bardzo drogie i bez łazienek (500Y pokój dwuosobowy) – WC jedynie na zewnątrz.
– Wyżywienie na szlaku raczej drogie, warto zabrać kilka dużych butelek z wodą i prowiant. Woda na górze od 10Y za 0,5l

Ogólnie Xian jest o wiele przyjemniejszym miastem niż Pekin. Jest bardziej otwarte na „zachód” – gdzie ludzie nie tylko „patrzą” się na Ciebie ale także zdarza się, że uśmiechają się czasami. Odrestaurowane stare dzielnice w okolicach bramy południowej pozwalają poczuć typowy klimat Chin a zarazem są czyste i bardziej zadbane od podobnych hutongów w stolicy.
Planowanie kolejnych wypadów i etapów podróży jest jednak badal bardzo uciążliwe a brak dobrego zrozumieniaze strony lokalnych mieszkańców wydłuża choćby najoczywistsze sprawy . Przez co na każdym kroku wszędobylskie i przecenione wycieczki typu all inclusive – wydają się często jedyną formą zwiedzania poszczególnych punktów zainteresowań.

Nie poddajemy się jednak i działamy dalej na własną rękę. Odkrycie na dziś transport do Guili, z braku odpowiadającego nam pociągu szukamy samolotu, do zarezerwowania CTRIP pozwoli wam zarezerwować jakikolwiek lot przy użyciu karty debetowej VISA.


Choć w samym Xian nie udało nam się zobaczyć zbyt wiele (zmęczenie związane z planowaniem i spacer schodami zrobiły swoje) to właśnie tu oglądaliśmy np. Saturn, dzięki uprzejmości pewnego lokalsa, który pozwolił nam patrzeć przez monstrualnych rozmiarów teleskop. Zupełnie za darmo robiliśmy u niego za lep na innych turystów, bo oni zamiast w teleskop patrzyli chyba więcej na nas… a może zaczynam mieć już obsesje na tym punkcie 😉 W każdym bądź razie polecamy Xian bardziej niż Pekin to na pewno.

Leave a comment

Filed under Azja-Australia

Great Wall – kaczka po Pekińsku – 1 maja którego nie było… czyli chiński galimatias

Po większości przespanych 11 godzinach w super ekskluzywnym i super szybkim (250km/h)pociągu sypialnianym z własnym TV i wyborem kanałów (większość po chińsku) docieramy do South Station w Pekinie.
Tak jak żegnał nas Szanghai tak i wita Pekin, super monumentalną konstrukcją dworca kolejowego, być może większą nawet gabarytowo od lotniska w Warszawie.
W Pekinie są jeszcze 3 inne dworce kolejowe, równie wielkie a dworzec wschodni nawet większy.
Dworce sa bardzo dobrze skomunikowane z centrum miasta, większość z nich połączona jest siecią metra.
Chociaż to nie metro jest tu najlepszą formą przemieszczania się. Pewnie większość z Was zna piosenkę „Nine million bicycles” V. Amorosi – i choć nie należy brać jej zbyt dosłownie, przynajmniej nie w obecnych czasach silnej ekspansji industrialnej i ekonomicznej całych Chin to rower jest naszym zdaniem nadal najlepszym środkiem transportu w tym mieście. Większość mieszkańców porzucając osławione rowery wybiera właśnie metro, stąd też przewrotnie twierdzimy, że metro nie jest najlepszym środkiem transportu a ROWER właśnie. Pokrótce przybliżając temat.
Kożystanie z metra wiąże się jak najbardziej w tym mieście z wszelkimi niedogodnościami spowodowanymi natłokiem pasażerów, jaki prawie każdy może przeżyć w godzinach szczytu w prawie każdym mieście europejskim. Jednak w Pekinie dochodzą pewne czynniki, których rzadko lub prawie nigdzie na świecie nie doświadczycie. I tak mamy tu:
– komunistyczny wynalazek limitowania wejść/wyjść do metra, najczęściej 3 bramki mimo, że pasażerów 2 razy tyle co w każdym europejskim mieście
– zepsute maszyny sprzedające bilety (najczęściej 1 działająca na 4 w ogóle) i jedno (góra dwa) okienka sprzedaży osobistej biletów, reszta świeci pustką.
-skaner bagażu (dosłownie: jeden na stacje) (dosłownie: każdego bagażu) przed wejściem w bramki biletowe (to już trzecia kolejka, w której będziecie stać)
-gdy już dotrzecie do rundy 4 i zejdziecie na peron, znajdziecie rządki ludzi ustawionych do wyznaczonych drzwi zatrzymań pociągu. Kolejka ta łączy się z kolejną niedogodnością a mianowicie…
– przepychanie się ludzi przy wejściu/wyjściu tak więc forma kolejki zamazuję się tym bardziej im bliżej znajduje się pociąg, by w chwili jego zatrzymania i otwarcia drzwi przedziału masa ludzi blokowała doszczętnie drogę wychodzącym i wpychała się do środka bez ich uprzedniego wypuszczenia (chcąc wyjść musisz być po prostu silniejszy)
Jaki ścisk panuje podczas tego procederu nie trudno sobie wyobrazić. Nikt nie zważa na deptanie po stopach, łokcie pod żebra, popychanie dłońmi pleców sąsiada to normalka. Przy czym nikt nigdy też nie komunikuje słownie, że chce przejść lub wysiąść, od razu przechodzą po prostu do czynu nawet w najmniej wygodnej pozycji idą w ruch dłonie lub nogi.
Raz nawet poszły tak mocno w ruch, że mimo kompletnego ścisku „ktoś”, „komuś” nadepnął pewnie nie tylko na stopę ale i na „EGO”, co skończyło się półtora minutowym sparingiem na środku wagoniku, siniakami i krwią na skroni. Mecz bokserski w metrze, jedna z atrakcji Pekinu i to oglądany z pierwszych rzędów – wątpliwa atrakcja.
Oczywiście kolejki to tylko część niedogodności i to nie tylko metra z którymi trzeba sobie radzić w tym mieście. Ciągłe patrzenie się tubylców (ale takie nachalne patrzenie, typu „co Ty tu …. robisz” lub „co za dziwoląg…”) i to nie raz czy dwa, jesteście obserwowani non-stop, pytanie tylko przez którą parę oczu? ;>
Aha nie myślcie, że sobie ułatwicie kupując bilety na kilka dni czy coś… jesteście w kraju o mentalności 25lat wstecz Polska. Za dobrze by Wam było, bilety tylko do nabycia na danej stacji z której podróżujcie i ważne na ten sam dzień.
Plucie tuż pod wasze stopy, też zdarza się często ale to już raczej na ulicy, żeby nie było że na metro się uparłem.
Są też dobre strony metra, bilet kosztuje 2Y (jak na dziś to ok. 80 groszy) oraz sieć połączeń jest bardzo rozbudowana.
Warto było to przeżyć ale żyć w czymś takim nikomu nie życzę.
Tak więc wybierzcie rower na poruszanie się po tym mieście, trasy rowerowe są tu wszędzie, każda z dróg ma wydzielony pas dla rowerów i skuterów.
Ciekawostka, chińskie skutery oraz rowery na baterie. Te same skutery, które pojawiają się coraz liczniej w Polsce tu przerabiane są na własną rękę bądź produkowane fabrycznie w wersji z akumulatorem zamiast baku paliwa.
Tak więc poruszanie się rowerem (jeśli już opanujecie wydawać by się mogło totalny chaos drogowy) jest najszybszym i najmilszym środkiem transportu. Odległości do pokonania są dość spore ale naprawdę warto. Pekińskie metro naszym zdaniem, wygrywa konkurencję „najbardziej stresujące metro świata”.
Spędzone w Pekinie 6 dni – dzięki super nieuprzejmości pewnej pani na dworcu kolejowym, która na nasze pytanie o pociąg nocny do Xian na 2 maja od razu zaoferowała nam najdroższy a pytając o dzień kolejny i tańszy bilet udzieliła również przeczącej odpowiedzi bez patrzenia nawet na monitor – będziemy wspominać do końca życia i śmiać sie do bólu.
Więc zostaliśmy o kolejne dni dłużej bo już trzeciego dnia bilety były. Typowe zachowanie jak sprzedawczyń w sklepie w kraju „po ile ta bułka?”… „a co nie pisze?”.
Zaś ekstra dni przeznaczyliśmy na dwudniowy wypad na mur.

Po kolei jednak.

Główne atrakcje Pekinu:
-Forbiden City (60Y+40Y przewodnik automatyczny, również po polsku) warto zobaczyć na początku by mieć rozeznanie czy chcecie jeszcze oglądać resztę świątyń za które apropo trzeba zawsze niemało płacić.

– Temple of Heaven (40Y) to bardzo znana świątynia warto ją zobaczyć jak i park dookoła

– Summer Palace,
– White Pagoda w Beihai Parku

– Lama Tample,
– Wielki mur, jedna z głównych atrakcji Chin, naprawdę warto ją zobaczyć.
Ceny za wstęp na mur zależną od miejsca w którym chcecie go zdobyć.
My ze swej strony odradzamy Badaling, szczegóły później.
Każdy hotel i hostel oferuje oczywiście wycieczki na mur, jeśli nie macie ekstra czasu a jedynie chcecie zobaczyć mur można skorzystać z jednej z tych ofert ale musicie wiedzieć, że płacicie w tej chwili ok. 100% wyższą cenę jaką płacą chińscy turyści, zazwyczaj nie jest to mało i jeśli macie być w dzielonej grupie z chińczykami za te pieniądze to lepiej sobie darować w ogóle bo wrócicie tylko z bólem głowy od „szczekaczki” pana przewodnika. Mając ofertę jednodniowego odwiedzenia Huanghuacheng za 400Y bez wyżywienia. Wybraliśmy ten właśnie odcinek muru ale na własną rękę, wydając w sumie za dwie osoby 400Y z noclegiem w wiosce tuż pod murem.
A oto jak to zrobić:
Autobus 919 odjeżdżający ze stacji Dongshimen Bus Station, tuż obok stacji metra o tej same nazwie zabierze was do miasta Huairou na płn. od Pekinu. Kursuje co kilka minut od godziny 7:00 rano, koszt 11Y, czas przejazdu ok. 1.5 godziny.
Następnie z miasteczka możecie wziąć taksówkę („oszuści” już będą tam na was czekać, choć będziecie raczej nielicznymi turystami w autobusie). My zapłaciliśmy 55Y za dwie osoby, chociaż kierowca wziął nas tylko i wyłącznie dlatego, że pochodził z wioski niedaleko muru i miał po prostu po drodze, inni chcieli za ten kurs przynajmniej 100Y. Byliśmy zmęczeni szukaniem „ponoć istnejących” mini busów (według LP) z miasteczka do wioski obok muru, oczywiście wszyscy wkoło „klamią”, że autobusów nie ma. Tak więc po sprawdzaniu osobistym w drodze powrotnej teraz już wiemy i informujemy, że mini busów nie ma są za to normalne autobusy, wyglądające ta samo jak ten co przywiózł was z Pekinu. Jest to linia 936 odjeżdża z centrum miasta ulica Quingchun Rd, kurs kosztuje 12Y i czas przejazdu ok. 1.5 godziny, wysiadacie jak już zobaczycie mur, który ciężko nie zauważyć gdyż ciągnie się na wysokim paśmie górskim na samym jego szczycie. Przystanek znajduje się 200m od samego muru zaraz za mostkiem lub kolejny 100m za murem więc nie ma obawy, że go przegapicie.
Nocleg w raczej ubogiej wiosce HuangHua jest dosyć zróżnicowany, jest kilka przydomowych pokoi do wynajęcia ale standardem odbiegają od europejskiej normy, ceny również jak dla chińskich gości, wyjściowe dla zagranicznego turysty 100Y łatwo można zbić na 50Y za pokój dla dwóch osób bez łazienki i 70Y z łazienką i TV. Gorzej jest z wyżywieniem, lepiej wziąść ze sobą jakiś prowiant z Pekinu (zawsze mogą was uratować zupki instant), chyba że nie straszne Wam wszelkie kulinarne eksperymenty. W samej wiosce jest kilka sklepików czasami tak zakamuflowanych, że ciężko je nawet odnaleźć stojąc naprzeciwko nich. W każdym bądź razie liczcie się z ekstremalną kuchnią lub ratujcie przywiezionymi kanapkami SUB.
Wejście na mur znajduje się tuż obok zapory na rzece. My wybraliśmy bardzo poranne wejście przez co uniknęliśmy opłaty (20Y) i część muru na zachód od zapory (czysto fotograficzne powody wyboru tej pory). Ruszając w jedyna możliwą zachodnią stronę w tym punkcie macie do przejścia ok. 2 km w części odrestaurowanym i zróżnicowanym murem do kolejnego punktu wstępu, gdzie mur całkowicie zmienia swój charakter i jeśli chcecie kontynuować dalszą drogę musicie poruszać się już bardzo zniszczonym i zarośniętym odcinkiem.
Polecamy ten odcinek jak i na wschód ot tamy, mur wygląda bardzo pięknie i majestatycznie, odrestaurowana w części konstrukcja muru i wierz strażniczych robi duże wrażenie wijąc się pomiędzy wysokimi szczytami oraz co ważne odcinek ten jest mniej uczęszczany przez turystów. Przeciwieństwo odcinka w Badeling. Co wiemy również z własnego doświadczenia, mieliśmy bowiem wątpliwą okazję przejeżdżać autobusem również obok tego właśnie odcinka muru. Natłok turystów tam panujący można porównać do tego z pekińskiego metra a cała sceneria nawet w połowie nie jest tak spektakularna jak w HuangHua, sam mur jest w o wiele lepszym stanie, odrestaurowany znakomicie przez co traci klimat starej budowli.
Możecie również udać się na Yanhuang część muru znajdująca się najbliżej Pekinu. Ok. 10km przed Badelingiem na tej samej drodze.
Musicie wziąć autobus nr 919 do Changping od 12Y i godzinę drogi a stamtąd taxi, gdyż jak się okazało na stacji Deshengmen Bus Station Pekinie zatrzymują się wprawdzie autobusy nr 919 ale żaden nie jedzie lub dokładniej pisząc nie zatrzymuje się w Yanhuang, każdy autobus na tej stacji ma numer 919 i każdy jedzie gdzieś indziej. Najlepiej wybrać autobus do Changping lub do Badeling (choć ten akurat z najdłuższą kolejką oczekujących) i stamtąd liczyć na taxi do Yanhuang. Autobus do Badeling mija bezpośrednio tą lokalizację ale nie zatrzymuje się tam (autostrada). Typowe rozwiązania w komunistycznym kraju na które musicie być szczególnie przygotowani w Pekinie.
Czas jednak zakończyć ten rozbudowany punkt atrakcji pekińskich. Mając jednak na uwadze brak jakichkolwiek informacji dostępnych w sieci na temat zwiedzania muru jak i dezinformacje LP mam nadzieję będę usprawiedliwiony i pomogę niektórym bardziej efektywnie zaplanować swój czas oraz zwiedzanie Wielkiego Muru, który naprawdę warto zobaczyć choć nie koniecznie w formie zorganizowanej wycieczki w jednej z chińskich ofert.
– wioska Chuandixia Village, 90km na zachód od Pekinu. Jednodniowa wycieczka do wykonania na własną rękę. Autobus nr 929 (16Y w jedną stronę) z ostatniej stacji metra (Pingguoyuan, linia nr 1). Przystanek autobusowy znajdziecie po prawej stronie od wyjściu z metra ok. 100m – po tej samej stronie ulicy.
Autobus zabierze was do wioski Zhaitangzhen skąd jest ok. 7km drogą X007 do samej wioski w górach, przyjemny spacer powrotny z górki, pod górkę możecie złapać liczne prywatne taksówki (20Y).
Po dwóch godzinach podróży znajdziecie się w zupełnie innej scenerii, z dala od pekińskiego zgiełku. Chociaż sama wioska jest na tyle popularna przy czym bardzo mała, że natłoku turystów uniknąć się nie da – to na okolicznych szczytach na pewno znajdziecie trochę samotności i ciszy.
Wstęp do wioski płatny (35Y), sama wioska jest bardzo urokliwa i emanująca klimatem chińskich filmów karate.

Garść faktów:

– Nocleg w Pekinie raczej drogi, jak na oferowany standard, hostele dosyć blisko centrum miasta (od 160Y), mimo specyficznego klimatu, starego budownictwa nie oferują nic ponadto (kradzież starych upranych skarpet, mówi wiele również o osobach tam pracujących bądź przebywających). Sprawdźcie 365INN (200Y pokój dla dwóch) może droższy ale standard też sporo lepszy od innych w okolicy.
– Wyżywienie, mimo bogactwa kuchni chińskiej nam z trudem przychodziło odnalezienie własnych smaków, które zaspokoiły by nasze kubki smakowe. Najtańsze jadłodajnie w centrach handlowych dla lokalsów serwują dania już od 5-7Y za talerz (najczęściej nie jadalnego „czegoś”) restauracje z kaczkami po pekińsku (od 40Y za pół kaczki). Naszym typem są restauracje w nowych centrach handlowych gdzie poziom obsługi jak i czystości jest zadowalający a ceny od 20Y za talerz najczęściej czegoś co macie możliwość zobaczyć choćby na zdjęciu przed zamówieniem (nikt nie mówi po ang. nawet pismo wszędzie „krzaczki”). Oczywiście zawsze i wszędzie MC/KFC uratuje znanym „smakiem” po nie trafionym wyborze lokalnego jedzenia, zestaw w MC od 23Y.
– Zakupy/markety. Możecie zapomnieć wszelkie inne podpowiadane kierunki i nazwy, udajcie się najpierw do Silk Street (Xiushui Jie, otwarty 9-21) to 5-cio piętrowy dom towarowy a na każdym piętrze co innego od „markowych” ubrań, walizek, galanterii, elektroniki, zegarków, do wszystkiego co nielegalne w świecie zachodu. Jeśli lubicie zakupy to spędzicie tam przynajmniej pół dnia tylko żeby pobieżnie zobaczyć każde piętro.
– Wynajecie roweru na dobę 15Y + 100Y depozyt.
– Bilet kolejowy soft sleeper do Xian 414Y.

Ocena ogólna miasta w skali 1-10 – 2* bo jeden będzie tylko za to że jest a Pekin – JEST DUZY to niech ma dwa.

Naszym zdaniem: jeśli wybieracie się na 2-3 tygodniowe wakacje na pewno powinniście omijać Pekin z daleka. Wszystkie zasady i rozwiązania w mieście przypominają jedynie ewenementy mogące powstać w iście komunistycznych umysłach, stając się na każdym kroku utrapieniem dla zwykłego turysty. Brak alfabetu rozpoznawalnego przez nasz krąg kulturowy a także znikoma znajomość języków obcych przez lokalsów, sprawia że zorganizowanie czegokolwiek na własną rękę staje się wręcz zadaniem na kilka godzin. Pekin nie jest miejscem nastawionym na zagranicznych turystów, brak tu map czy informacji turystycznych. Obsługa hoteli nawet tych typowo nastawionych na turystów zagranicznych mimo, że płacić musimy dwa razy tyle co goście krajowi nie jest w stanie udzielić kompetentnych informacji. Przykładem jakie informacje mam na myśli niech będzie odpowiedź jednego z pracowników hotelu, mówiącego dość dobrze po angielsku, na pytanie „gdzie odbywają się główne obchody pierwszo majowe w mieście?” odpowiedział „nigdy nie słyszałem o czymś takim”. Sami nie wiemy do końca czy to ich typowa ignorancja co do wiadomości (o części muru HuangHua wcześniej pytana recepcjonistka też nigdy nie słyszała) czy najszczersza prawda z tymi obchodami 1-go maja.
Starając się je odnaleźć na własną rękę w całym mieście bez rezultatu – jedynie na placu Tiananmen ponadprzeciętne tłumy oraz duża ilość czerwonych flag tego dnia, nic pozatym. W każdym bądź razie dziwne, że rodowity chińczyk nigdy nie słyszał o żadnych obchodach gdy każdy w Polsce przynajmniej raz w życiu widział krótką migawkę z obchodów w Pekinie w polskiej TV tego dnia. Tak więc pragniemy donieść „żadnych obchodów nie ma” .

Leave a comment

Filed under Azja-Australia

Shanghai – mega smog w mega mieście

Lot do Szanghaju z KL minął dosyć szybko i przyjemnie (5 godzin)- wygodne siedzenia i smaczne dania (Nasi Lemak Goreng, palce lizać). AA jeszcze raz spisała się wzorowo. Właściwie był to lot do HangZhou ok. 200km na płd-zach od celu naszej podróży.
Kolejne lotnisko po Hong Kongu zaskakujące nie tyle wielkością co pustką w hali przylotów. Wygląda to tak jak by każdy lądujący samolot miał osobny terminal w którym po wylądowaniu znajdowały się jedynie osoby z tego jednego lotu i oczekujący na nich. Bezpośrednim autobusem, który odjeżdża około godzinę po wylądowaniu samolotu AA, dostaniecie się (za 100Y) do Szanghaju w ok. 3 godziny.
Szanghaj już daleko przed centrum (tj. jakieś 30km) zaskoczył nas swoim ogromem. Dość powiedzieć, że autobus wjeżdżając coraz głębiej w miasto porusza się w plątaninie wysokich budynków, autostradą zawieszoną non-stop na wysokości 4-tego piętra oraz kolejnymi pasami przecinającymi nasz ponad naszymi głowami kilka pięter nad nami. Miasto przypomina swą wielkością i rozmachem Nowy York, jedynie styl i wykonanie zupełnie inne. Nie wiem co podają encyklopedie ale z informacji lokalsów dowiadujemy się, że zamieszkuje go ponad 20mln mieszkańców. Widząc te ogromne bloki mieszkalne już daleko od centrum jesteśmy w stanie w to uwierzyć a przez okna bloków widać, że lokalsi nie bardzo dbają o warunki mieszkalne.
Jednak nie tylko ze swego ogromu Szanghaj jest sławny i robi na nas tak duże wrażenie.
Nie wiem czy wiecie ale to właśnie tu powstaje najszybciej rozbudowujące się metro na świecie.
Uwierzycie, że 1-wsza linia metra otwarta została w 1995 roku a w tej chwili tych linii jest 11, 273 stacje ogólnie 434km tras – przy czym wszystkie tak nowoczesne i zadbane, że ze świecą takich w europie szukać. Tak więc jak widać Chińczyk też potrafi i to za przysłowiową „miskę ryżu” – to specjalnie dla malkontentów, twierdzących że chińskie wykonanie to lipa. W takim razie jak nazwiemy warszawskie warunki….?

Szanghaj to najbardziej otwarte na „zachód” miasto Chin. Mnóstwo tu międzynarodowych firm i instytucji, co pociąga za sobą większą różnorodność kulturową i światopoglądową jego mieszkańców. Z pewnością nie jest to miasto reprezentatywne dla Chin raczej miasto konkurent Hong Kongu.
(Właściwie to Chiny mają już kilka takich miast konkurentów)


Główne atrakcje miasta:
– Bund, płn. strona rzeki – turystyczna dzielnica z przewagą staromodnego Art-Deco w architekturze
– Pudong, finansowa dzielnica z Pearl TV Tower

– JIn Mao Tower, wejście od strony hotelu Hayat, gdzie winda zabierze was na poziom 54 hotelowe lobby oraz kolejne windy na 85 piętro i futurystyczny widok 30 pięter w dół.

– Shanghai World Financial Center, najwyższy w tej chwili budynek w mieście (tarasy widokowe na ostatnich piętrach) (może warto chwilę poczekać w budowie jest właśnie jeszcze wyższa Shanghai Tower)

– Shanghai Museum (darmowe wejście)
– Renmin Park, gdzie w każdą niedzielę znajdziecie mnóstwo lokalsów chętnych na pogaduchy, przychodzą tam szkolić swój angielski – lub wręcz stracicie cały dzień nie mogąc się od nich opędzić być może znajdziecie również męża/żonę na alejce z ogłoszeniami matrymonialnymi.

– Nianjing Tunel, (30Y jedynie przejazd na drugą stronę rzeki, opcjonalnie wiele innych atrakcji pod rzeką)
– Yoyuan Garden (30Y wstęp) oraz stare miasto na styl chiński i bazar tuż obok ogrodu, bardzo przyjemne (zwłaszcza wieczorami) choć zatłoczone miejsce.
– Z atrakcji za miastem, na dniową wycieczkę można wybrać się do miasta Suzhou, dostaniecie się tam pociągiem w 40min. Miasto znane głównie z niezliczonej ilości ogrodów w starym chińskim stylu. Tylko uważajcie żeby nie wylądować w łączonej grupie z chińczykami, odradzamy to większy stres niż atrakcja. Można je zwiedzić na własną rękę.
.

Garść faktów:
– Metro, najlepszy środek transportu, bardzo rozbudowane (dystans do 6km -3Y, ponad tą odległość -4Y)
– Taxi, za 15Y zawiezie was wszędzie w dystansie 4km, tylko musicie nalegać na kurs z licznikiem, ceny licznikowe bardzo przystępne.
– Nocleg, znajdziecie od 100Y za pokój dla dwóch. My ze swej strony gorąco polecamy Rock&Wood International Youth Hostel. Super czysty, bardzo nowoczesny, cicha lokalizacja, przyjemna obsługa jeden z lepszych hosteli jakie mieliśmy okazję spotkać na naszej drodze (za jedyne 150Y). W dogodnej lokalizacji, z widokiem na szkołę podstawową z boiskami i ogromną flagą chińską, pod którą dzieciaki od bardzo rana przypominają własne lata dzieciństwa. Tylko o takich warunkach sportowych to ja a i obecna młodzież w kraju mogą pomarzyć.
– Jedzenie bardzo tanie, jeśli już wam się uda znaleźć coś co odpowiada waszym gustom. Nawet na głównej ulicy schodząc z niej trochę w podziemia kolejnych wielkich sklepów znajdziecie dania za 10-20Y. Zestaw ratujący życie (chociaż kto wie czy aby napewno) w MC od 25Y.

Szanghaj to przeogromne i bardzo nowoczesne miasto, w którym stacje kolejowe wyglądem i budową przypominają europejskie lotniska, układ ulic i szybko rosnące wieżowce w amerykańskim stylu tworzą atmosferę międzynarodowego giganta.
Gdyby nie ludzie w większości azjaci, można by zapomnieć się i równie dobrze pomyśleć, że jest się w Chicago czy Los Angeles. Warto zobaczyć Szanghaj wieczorem, różnica między tym miastem a jemu podobnymi jest właśnie wtedy widoczna najlepiej. Oprócz typowych chińskich szyldów i tysięcy podświetlanych neonowych reklam, to błyszczące i świecące na zielono oraz niebiesko całe szpalery drzew i krzewów robią duże wrażenie i odróżniają to miasto od innych. Widok jak na Boże Narodzenie na niektórych ulicach w Europie, tylko tu przez cały rok.
Warto odwiedzić Szanghaj o ile macie ekstra czas. Szukając prawdziwych Chin a mając za sobą już kilka większych azjatyckich miast, można go sobie jednak darować, zwłaszcza że tak jak w tytule, szybki rozwój i rozbudowa miasta niesie za sobą nic innego jak SMOG. Tak więc i o zdjęcia tu bardzo ciężko. ;/

Leave a comment

Filed under Azja-Australia

Melbourne-Sydney-Brisbane w dwa tygodnie … da sie… SPOKOJNIE

Pokusa odwiedzenia Australii była zbyt duża by będąc tak blisko darować sobie ten kierunek podróży.
Tak więc mimo jedynie 17 dni, możliwych na poświęcenie temu kontynentowi (sporo większy od Europy) wylądowaliśmy w Melbourne.
Nocny lot z Singapuru (7h) znowu dał się we znaki – bogata oferta filmowa, oraz darmowe piwo nie pozwoliły zasnąć nawet na sekundę (zazwyczaj śpię po pierwszym jak niemowlę ;>)

Melbourne (Victoria) przywitało nas dużą zmianą klimatu, typowo jesienny angielski poranek. Z temp. 32C i równikowej wilgotności przesiadka na 15C, wietrzny dzień (brak jesiennych ubrań) w połączeniu z nieprzespaną nocą potrafi zniechęcić do wszystkiego.
Staraliśmy się nie poddawać i zwiedzić miasto z marszu, nawet przy niezbyt miłej obsłudze na lotnisku, super długim oczekiwaniu na autobus do miasta (16AUD do centrum w 15min). Nasza cierpliwość i pozytywne nastawienie wyczerpały się dopiero w centrum, gdzie okazało się za co i ile będziemy musieli płacić na tych szerokościach geograficznych. (właściwie w całej Australii)
Bo o ile Polak bez snu i zmarznięty wytrzyma niejedno to głodny Polak zły Polak i bez porządnego jedzenia długo nie podaruje. Zwłaszcza nie po rozpieszczeniu żołądka przez ponad miesiąc w Tajlandii.
Nie to żeby nie było co do ust włożyć ale chcąc znaleźć coś zdatnego do jedzenia (i nie mam tu na myśli pierogów czy polskiego barszczu) ale czegokolwiek przypominającego tzn. wizualnie i zapachowo jedzenie – trzeba się nieźle nachodzić, naszukać a gdy już znajdziecie coś co wydawać by się mogło normalną restauracją, najpewniej stwierdzicie że TYLE to nie jest warte na pewno i wylądujecie znowu w MC/Subway/KFC.
Lepiej nie planować wycieczki do Australii po wschodnio-południowej Azji, gdyż zawód związany z oferowanym jedzeniem jest tak wielki jak i same tutejsze ceny. Dla przykładu: zestaw MC od 8AUD, kanapka w Subway od 6AUD i to jest najtańsze coś co dostaniecie bo z drugiej strony Cesar Salad od 15AUD, woda mineralna w markecie od 1AUD za 0,5l inne wody od 3AUD za 1,5l, jeśli nadal mało to np.: jogurt od 3AUD, bagietka od 3AUD (najlepsza przypominająca europejskie pieczywo w supermarkecie COLES), najtańszy baton MARS od 1,5AUD ale były też sklepy gdzie kosztował 3AUD.
Tak więc po odwiedzinach kilku sklepów i restauracji stało się dla nas jasne dlaczego Australijczycy wyglądają jak wyglądają – gdyż jedzą jak jedzą. Najzwyczajniej w świecie nie ma zbyt dużego wyboru niż nazwijmy to globalne jadłodajnie. Ceny niektórych produktów są wręcz kosmiczne (najtańsza Coca Cola w markecie 4AUD) pashiny, które jeszcze w Singapurze można było kupić za 4GBP a w Tajlandii za 2GBP tu kosztują od 10GBP, grill jednorazowy który w Londynie kosztuje 3GBP na przedmieściach Melbourne w „promocji” hahaahaaa 5, bo normalnie to 7GBP ceny hoteli/hosteli adekwatnie wysokie. (pokój dla dwóch osób w hostelu w centrum Melbourne od 80AUD, jeden z najgorszych pokoi w ciągu naszej wycieczki). Transport miejski bardzo drogi już na przykładzie autobusu z lotniska a także tramwaj (10 przystanków cena ponad 5AUD). Dlatego też turystów jak na lekarstwo. Kończąc jednak temat jedno co mam nadzieję udało mi się przekazać to to, że jest drogo przy jakości czy to jedzenia czy zakwaterowani jednymi z najgorszych na świecie.
MELBOURNE to typowe miasto w stylu amerykańskich miast z downtown (sieć równolegle krzyżujących się ulic w centrum), dużymi wieżowcami tu akurat wzdłuż rzeki. Jest to na szczęście bardzo zielone miasto, z licznymi parkami i skwerami. Jako, że miasta nie są naszym głównym tematem zainteresowań (po Singapurze czy Hong Kongu), Melbourne nie robi żadnego wrażenia. Odkryjcie je sami, my jedynie odpoczęliśmy w nim po locie oraz przygotowaliśmy się do dość długiej podróży, która ciągle przed nami.

Nasza ocena miasta 1/10 – 3*

Jeśli podróż w Australii to oczywiście samochodem a najwygodniej i najefektywniej podróżować w tym kraju campervanem. Zaryzykuje stwierdzenie, że inaczej nie da się zwiedzać tak dużego kontynentu jak z własnym transportem, sypialnią a nawet kuchnią.
Zamierzamy bowiem odkryć kilka bardziej interesujących miejsc a naszym największym wrogiem jest oczywiście czas. Nasz van pozwoli nam go trochę zaoszczędzić.
Tak więc z południa kontynent udajemy się gdzież by indziej jak nie na wybrzeże, którym cała Australia żyje i na płn. w kierunku Wielkiej rafy koralowej. Wybór firm oferujących wypożyczenie różnych busów i vanów jest olbrzymi.

Oto kilka z firm, które co i rusz będziecie mijać a być może i podróżować razem z nimi w ciągu tak długiej wycieczki:
-Jucy Rental
-Travellers Auto-Barn
-TravelWheels
-Kangaroo Campervans
-Wickedcampers.com
-Spaceship.tv
-Keacampers.com

Jedna z większych atrakcji niedaleko Melbourne to z pewnością Great Ocean Road i The Twelve Apostles na zwiedzenie której będziecie potrzebować co najmniej 2 dni.
Dobrym pomysłem (jeśli planujecie pobyt w AU dłużej) jest zakup własnego busa, ogłoszenia znajdziecie w każdym z hosteli, ceny od 1000 do 5000AUD.
Tak więc wyposażeni w busa-sypialnię z kuchnią (lodówka + kuchenka gazowa i kran) możemy ruszać na podbój Australii, kierunek Sydney.
Nie musicie martwić się o zapas gazu w waszej kuchence ani wody w karnistrze, gdyż na prawie każdym punkcie piknikowym jest elektryczny grill, woda pitna, na tych lepszych (zwłaszcza przy plażach) również prysznic, ciepła woda jedynie na 4* płatnych polach kempingowych – tylko po co komu ciepła woda przy temp. ok. 30°C.
Kierując się na wschód odwiedzane i polecane przez nas miejsca to:
– Lake Hume
– Old Tallangatta
– Mount Kościuszko (19AUD za wstęp do parku samochodem uiszczana w przypadku nocowania w granicach parku, najpopularniejsze wejście na górę z miejscowości Thredbo)

– Pabbly Beach (jeśli chcecie zobaczyć kangury na plaży)

– Jarvis Bay
-niezliczona ilość parków narodowych na całym wybrzeżu aż do Sydney





Sydney (New South Weles)

Sydney jest dość podobne do Melbourne z tą różnicą, że jest większe, położone nad cieśniną, ma metro, Harbour Bridge i sławną Opera House, które apropo robią całkiem spore wrażenie.
Tylko jak wyżej po odwiedzeniu Hong Kongu czy Singapuru, Kuala Lumpur miasto to, całościowo nie robi już wrażenia i nie przyciągnie naszej uwagi na długo. Zwłaszcza miasta w amerykańskim stylu, bez historycznej zabudowy czy atrakcji kulturowo – gastronomicznych czy jakichkolwiek niepowtarzalnych dla danego rejonu nie przyciągną już naszej uwagi na dłużej. Sydney jest kolejnym miastem z automatu, wizerunek miasta ratuje jedynie opera oraz most to i tak sporo w porównaniu do standardów europejskich ale już nie azjatyckich. Brak nam tu tego smaczku i różnorodności. Jedyne co udało nam się odkryć w tym mieście to niepowtarzalny, piękny park botaniczny z mnóstwem wielkich nietoperzy (rozpiętość skrzydeł 1,5m) zwanych tu „night fox” – groźnie i głośno zwisającymi z gałęzi drzew oraz przelatującymi (czasami bardzo nisko) w szalonym locie tuż nad głowami. Cały park jest oazą dla dużej liczby wszelkiego rodzaju ptactwa najczęściej bardzo kolorowych papug i innych nieznanych nam z nazwy.

Nasza rada: warto przespacerować się mostem HB, wejście na niego znajduje się w przystani obok promów, duża szklana winda zabierze was na poziom autostrady, gdzie chodnikiem dojdziecie do mostu. Raczej długi spacer ze spektakularnym widokiem z dużej wysokości na całe miasto, zwłaszcza wieczorem robi fajne wrażenie.
Prom na druga stronę zatoki zupełnie nieopłacalny, 5 min i wydane 5AUD – to nawet w połowie nie to samo co prom w HK (a cena tam 5x niższa).
Nasza rada: przejażdżka mostem HB może kosztować was sporo więcej niż byście przypuszczali. Podana cena 3AUD jest niby normalną ceną ale musicie doliczyć ukryte przez super łebski system dodatkowe opłaty. Jako że opłatę można uiścić jedynie telefonicznie lub przez Internet, musicie najpierw wykupić numer ID (3AUD) a następnie na to konto będą spływać wszystkie opłaty drogowe, jak ten most. Dla turysty oznacz to ni mniej ni więcej niż to, że zapłaci 3+3+ opłaty bankowe przy przeliczaniu waluty z zagranicznego banku nas wyniosło w sumie 3+3+1,5+1,5=9AUD ale mostem sobie pojechaliśmy. Nie licząc opłat i straty czasu na telefon to naszym zdaniem typowo „cwany” pomysł na turystów. GRATULUJEMY
Lista dróg objętych opłatą drogową na foto.

Nasza ocena miasta 1/10 – 5*

Wracając do całego stanu NSW, lista miejsc oprócz tych na południu NSW, które warto odwiedzić:
– Blue Mountain (60km od Sydney)
– Manley Beach (bardzo urokliwe miasteczko na płn. Sydney oraz Harbour National Park, z najładniejszym widokiem na całą zatokę)
– Byron Bay (fajne miejsce pełne surferów i backpakersów tylko tak drogie i protekcjonalne, że dla nas jeden dzień w zupełności wystarczy. Nie tylko chyba nam, gdyż nie dziwią już nas zupełnie puste bary ok. 20 wieczorem, większości przyjezdnych najwidoczniej albo nie stać na te ceny albo są po prostu wymęczeni całodniowym surfowaniem i już śpią).




Brisbane (Queensland)

Queensland to nadmorska esencja Australii, piękne plaże, urozmaicony nadmorski krajobraz od przedziwnych gór przez klifowe nabrzeża do super długich plaż i fal idealnych dla serferów a na dodatek Wielka Rafa Koralowa. Sama nazwa stanu pasuje i opisuje idealnie rzeczywistość.
Polecane przez nas miejsca:
– Gold Coast (Surfers Paradise dla początkującyc i Cooluna dla zaawansowanych fanów deski)

– Glass House Mountains National Park (wulkaniczne góry o przedziwnych kształtach)

– Noosa National Park (kurort podobny do Byron Bay równie drogi ale bez udawanego luzu i tysięcy backpacersów, koniecznie wybierzcie się na spacer po parku oraz oddaloną za miastem drugą plażę, dużo surferów i najlepsze fale)

– Sunshine Coast (dla zaawansowanych miłośników deski)

-Rainbow Beach (daleko ale warto, turystów tu jak na lekarstwo a okoliczne wielkie wydmy tuż nad plażą robią ogromne wrażenie, zachód słońca na kolorowych piaskach po prostu rewelacja, wschód nie gorszy – musicie to po prostu zobaczyć. Jest to także punkt z którego dostaniecie się na Fresier Island o ile macie 4WD)

– Fresier Island (Jezioro McKenzie i wrak okrętu na plaży o ile na własną rękę jak najbardziej tak to w zorganizowanej wycieczce wielką ciężarówką z oknami, za 170AUD stanowczo NIE. Główna atrakcja takiej wycieczki jak zapewniają wszelkie reklamy i pani w agencji to wydawać by się mogło wspaniały LUNCH i grillowane mięso, po tym pudle odechciało nam się tej opcji. Chociaż może naprawdę to jedzenie serwują tam wyśmienite, jak ktoś uczestniczył proszę o info? ;>)

Brisbane, stolica stanu Queensland to bardo przyjemne miasto. Coraz wyższe drapacze chmur pną się tuz nad rzeką, tworząc piekną panoramę miasta, widok z parku Wilson Outlook Reserve tuż za mostem Story Bridge naprawdę REWELACYJNY.
Oprócz typowego downtown w mieście znajdziecie kilka stylizowanych na stare budynków: ratusz, kościół, katedra, poczta, itp. wraz z naprawdę dzikim parkiem botanicznym tuż przy rzece i namorzynami z niej wyrastającymi co całościowo dodaje uroku i wprowadza osobisty klimat bardzo zadbanego i urozmaiconego niż inne miasta w okolicy. Po drugiej stronie rzeki, część rozrywkowa miasta, sztuczna plaża a na wysokim klifie tej strony rzeki, oprócz świetnych punktów obserwacyjnych na miasto naturalne ścianki wspinaczkowe dla każdego. Fanom nocnych atrakcji polecamy ulicę Brunswick Street na której znajdziecie wszsytko co potrzebne na sobotni wieczór. Ceny bardziej przystępne niż w Melbourne czy Sydney ale dalej drożej niż w każdym chyba mieście europejskim.
Autobus do Gold Coast Airport, „AAExpress” – 42AUD




Nasza ocena miasta 1/10 – 5*




Być może zwracają uwagę niskie oceny miast ale naprawdę nie jest to spowodowane wyłącznie kosmicznymi cenami. Australijskie miasta nie mają do zaoferowania ani dobrego jedzenia, ani utrwalanych przez media rewelacyjnych imprez. Z wiadomych powodów brak w nich historii, tradycji, standard obsługi i oferowanych usług pozostawia wiele do życzenia. Tam po prostu trzeba być EASY GOING i nie wymagać niczego – nawet płacąc horrendalne pieniądze ;/ – pewnie niektórym to pasuje.
Australia to naturalne środowisko i możliwość jego podziwiania. Choć krajobraz po dłuższym czasie może wydawać się monotonny (różnorodność mniejsza niż na tej samej przestrzeni dajmy na to w Europie) to dbałość o środowisko naturalne i mnóstwo parków narodowych na pewno zaspokoi oczekiwania osób lubiących naturę i widoki pięknych krajobrazów nie zmienionych jeszcze ludzką działalnością. Australijskie światło oraz natężenie kolorów z tym związane jedyne na świecie.
Jedynie 20mln mieszkańców na tak ogromnej przestrzeni czyni choćby tamtejszą bardzo dobrze rozbudowaną infrastrukturę drogową prawie nieużywaną, jedyna na co trzeba uważać na drogach to 40mln populacja kangurów i innych dzikich zwierząt, spotykana tu częściej niż ludzie (z przykrością trzeba dodać spotykana dość często, rozwalcowana na drodze;/).
Nasz campervan pozwolił nam zobaczyć i poczuć jedynie kawałek Australii (bez niego nie wyobrażamy sobie innego sposobu zwiedzania tego kraju). Zapewnił niezliczone widoki wschodów i zachodów słońca w multi milionowych lokalizacjach a także 5* posiłki (przyrządzane samemu) z widokami jakie klienci nawet najlepszych restauracji mogą obejrzeć jedynie na zdjęciach wiszących na ich ścianach.

3 Comments

Filed under Azja-Australia

Singapur – równikowe upały

Wyprawę do tego miasta/państwa odbyliśmy samolotem z Kota Kinabalu (2,5h lot) jak zwykle niezawodnymi liniami AirAsia, z nadzieją na lepszą pogodę i z goła odmienne atrakcje niż na Borneo.
Sinagapur to ekonomiczny przysłowiowy azjatycki tygrys, ale porównując go z innymi państwami regionu bardziej pasuje z pewnością określenie azjatycki Lew. Podobnie jak logo miasta (warszawski odpowiednik syrenki) Merlion, czyli ryba z głową lwa, oddaje w pełni ambicje i stan faktyczny, pozycji ekonomicznej w jakiej znajduj się obecnie to miasto.

Ale po kolei.

Po wylądowaniu na Changi Airport, oprócz równikowych (1°17’ wysokości geograficznej) upałów, witało nas przepiękne błyszczące od marmurów lotnisko (trzy terminale połączone siecią tramwajów na gumowych kołach).
Pociąg do miasta (MTR 2,8SGD + 1SGD depozyt za bilet) odjeżdża z terminala 3, którym do centrum dojedziecie w 30min (koszt Taxi ok. 25SGD).
Już sam widok lotniska ( mówi sporo o miejscu które odwiedzamy), nie jest może ono największe ale wspaniale harmonijne i dobrze rozplanowane a przy tym lśniąco czyste (nie muszę chyba dodawać, że klimatyzowane i tonące wręcz w zieleni), rozbudza apetyty na więcej, jakkolwiek to więcej miało by wyglądać.
Singapur to bardzo czyste i perfekcyjnie rozplanowane miasto. Każde rozwiązania architektoniczne i urbanizacyjne wydają się być zaplanowane nie tylko pod katem przydatności dla mieszkańców ale także estetyczności, innowacyjności i spektakularności. Trzeba przyznać, że wychodzi im to planowanie idealnie. Sami nie jesteśmy fanami miast ale Singapur podoba się nam szczególnie. Z jednej strony niemieckie umiłowanie czystości i planowania każdego detalu z drugiej różnorodność i wpływ wielu kultur na styl miasta tworzy mieszankę której ciężko się oprzeć i nie polubić.
Mimo całorocznych upałów (ponad 30°C) poruszanie się po mieście nie stwarza większych problemów (jak to było np. w Bangkoku), wszędzie można dojść nawet pieszo co ułatwiają liczne zatoczki, fontanny, klimatyzowane przejścia podziemne (stanowiące często istny labirynt oraz miasto kilku piętrowe pod ziemią samo w sobie).
Singapuru nie można porównać do żadnego z miast europejskich, swoją architekturą i rozwiązaniami przestrzennymi przypomina raczej największe miasta ameryki północnej, przy czym jest bardziej przystosowany dla ruchu pieszego i dba o komfort poruszania się w nim (np. wiatraki/lampy przy kładce dla pieszych zasilane bateriami słonecznymi).
Liczne sieci amerykańskich restauracji (zwłaszcza fast food-ów) podkreślają to podobieństwo a konkurencja między nimi podnosi „jakość” oferty. Jeśli chcecie się przekonać co mam na myśli odwiedźcie „WENDYS” odpowiednik MC tylko na innym poziomie z takimi samymi cenami.
Sam Singapur nie oferuje zbyt dużego wyboru pod względem kulinarnym ale perfekcyjnie łączy różne kuchnie i smaki całego świata. Nawet MC, KFC smakują tu lepiej i podawane są oczywiście w o wiele bogatszym standardzie. Przykład: Powitanie w jednym z fast food-ów przez hosta i życzenie miłego dnia na wyjściu po skorzystaniu jedynie z toalety. To spora różnica od tego do czego starają się nas przyzwyczaić choćby w Europie (patrz płatne toalety ;/).

Główne centrum Singapuru to Marina i otaczające je centrum biznesowe ale nie takie tam zwykłe… budynki są spektakularne, wszystko wygląda tu jak na desce kreślarskiej lub makiecie miasta idealnego. Być może ta idealność to również zasługa drakońskich kar za cokolwiek, co jest już raczej jedynie powodem do żartów a nie naprawdę egzekwowanym utrapieniem – z pewnością nie dla turystów, chociaż kto wie? W każdym bądź razie co mam na myśli pisząc „idealne” niech świadczy fakt, że ciężko będzie wam znaleźć gumę na ziemi zamienioną w czarna plamę (w każdym bądź razie kara za gumę ok. 200SGD)
Aha. Ciekawostka, sprzedaż gum w tym kraju jest zabroniona, właśnie ze względów estetycznych;>
I nikt nie marudzi, że narusza to jego wolność do „palenia” ups „żucia” – każdy się cieszy, że żyje w tak pięknym i czystym mieście. Bo tak jak bez papierosa tak bez gumy żyć można. Aha. Palenie też zabronione na dużo większą skale niż w Polsce, o szczegółach znajdziecie na Internecie.
Komunikacja miejska działa oczywiście równie idealnie, poruszanie się w mieście jest bardzo proste, warto zakupić kartę pre-paid i doładować ją np. 10SGD nam wystarczyło to na 3 dni jeżdżenia czy to busem czy metrem.
Oprócz Mariny miasto podzielone jest na okręgi w których dominują poszczególne narodowości i kultury z nimi związane i tak mamy: Chinatown, Arab quarter, India place gdzie w każdym z nich przepadniecie na pół dnia odkrywając lokalne specjały kulinarne i oddajać się zakupom.
Cały Singapur jest jednym wielkim szaleństwem zakupowym, zamożność jego mieszkańców powoduje, że ściągają tam bardzo licznie najdroższe marki świata i prawie każda zakupowa ulica wygląda jak Sloan Street w Londynie.
Kolejną atrakcją Singapuru jest Santosa Island. Jest to najdalej wysunięta na południe część miasta z której bardzo dobrze widać już Indonezję. Dostaniecie się na nią kolejką magnetyczną lub gondolową.
Santosa to jeden wielki park rozrywki z Universal Picture, różnymi parkami tematycznymi, akwarium w których spokojnie spędzicie cały dzień. Warto wykupić dniowy bilet na większość atrakcji, spora oszczędność, no tak tylko wtedy trzeba spędzić tam cały dzień.
Wyspa od płd. otoczona jest plażami, jednak nie zachęcają zbytnio do wylegiwania się na nich mimo, że bardzo czyste to tysiące statków i tankowców wokół niej działają podświadomie zniechęcająco.
W Singapurskim ZOO spotkaliśmy poznaną na Koh Tao parę Kanadyjczyków. Byli w swej podróży poślubnej a ich plan wycieczki pokrywał się z naszym w ok. 70% – więc aż dziwne że dopiero tu spotykamy ich ponownie.
Będąc na ostatnim etapie swojej podróży wybierali się właśnie do Japonii, z wiadomych przyczyn musieli zmienić plany i zamiast na północ udadzą się jedynie do Tokio. Dobrze, że my nie planujemy tamtych rejonów, pokusa odwiedzenia terenów po katastrofie była by u mnie ogromna i konflikt z Andreą gwarantowany. ;/
Podsumowując, Singapur to piękne miasto, które ciężko porównać do jakiegokolwiek innego miasta na ziemi. W Europie jeszcze długo nie będzie tak bogatych rozwiązań technologicznych.

Przez to, że bogate to i droższe, jedynie dzięki kuzynowi (Merci!!! Jeremy) naszej znajomej z Francji mieliśmy możliwość obejrzenia go z lokalnym przewodnikiem oraz relaksu w domowych warunkach z dala od przecenionych hoteli (od 150SGD za dwójkę).
W samym mieście życie droższe nieznacznie niż w całej Azji, jednak rynek mieszkań ograniczony terytorialnie a więc i ceny jak w Europie.
Piękne choć puste parki, przebogate sklepy, kilkupoziomowe plątaniny korytarzy pod ziemią, Marina i basen na dachu (200 metrów nad ziemią) trzech wierz, nie da się zapomnieć nigdy.
Jest to kolejne miasto w którym mogli byśmy zostać na dłużej, tylko słońce 365dni w roku też się pewnie kiedyś znudzi.

Ocena wspólna miasta w skali 1/10: 9*

3 Comments

Filed under Azja-Australia